Hollywood jako mechanizm wyparcia

Kto nie marzył o życiu w Ameryce? Albo Australii?  Leżeć na plaży, jeść kokosy prosto z drzewa i nurkować gdzieś pomiędzy rafą koralową i rekinami. Chodząc całe życie w bikini, jeżdżąc na rolkach czy to styczeń, czy czerwiec, a na autostradach hamować z piskiem opon na widok kangura. Każdy by chciał. Bo nie jest ważne kim są ludzie, którzy tak żyją na co dzień, my tutaj w naszym zakątku Europy uważamy ich za lepszych na podstawie filmów i seriali. Ach ci piękni, wysportowani i bogaci.

Tatuażysta z Auschwitz to bardzo głośna premiera książkowa z początku tego roku. Niedawno skończyłam ją czytać i  czuję się dziwnie. Doskonale wiem jak odnieść się do tej książki, ale nie rozumiem jej fenomenu. Żeby być bardziej precyzyjną: nie rozumiem jej fenomenu w Polsce, ponieważ na świecie jest dla mnie niestety oczywisty i zarazem bardzo hollywoodzki.

Zaczynając jednak od początku: nie znam pisarki Heather Morris. Nie wiem ile ma ona lat, nie wiem w czym się specjalizuje, jakie ma poglądy czy wykształcenie. W gruncie rzeczy nie wiem nawet, czy jest pisarką czy może dziennikarką albo innym antropologiem. Moim zdaniem to nie ma znaczenia, ponieważ nie winię jej za tę książkę. Ponownie: obwiniam Hollywood.

Wszystkie portale literackie powielają ten sam proces powstania Tatuażysty z Auschwitz. Starszy pan, Lale Sokolov, zgłosił się do Heather Morris, ponieważ chciał jej opowiedzieć swoją historię. Zaprzyjaźnili się. Zajęło to kilka lat, on się powoli otwierał i opowiadał wszystko, co wydarzyło się podczas jego pobytu w Auschwitz. Według posłowia autorki, pamiętał wszystko bardzo dobrze i nie szczędził szczegółów. Chodziło mu nie tylko o cierpienie, ale także o historię jego życiowej miłości, która wydarzyła się właśnie w obozie.

Dobrze. Tak powstał materiał na książkę. Cofnijmy się jednak jeszcze bardziej. Jako kobieta pod trzydziestkę, urodzona i wychowana w Polsce, uważam to za rzecz po pierwsze bardzo istotną i po drugie szalenie imponującą – móc poznać świadectwo byłego pracownika Auschwitz. czytaliśmy „Medaliony” Nałkowskiej czy opowiadania Borowskiego. Już w mojej podstawówce musieliśmy oglądać biało-czarne filmy dokumentalne opisujące proces palenia ciał Żydów i tak dalej. Świadomość tego, co działo się w obozach koncentracyjnych jest częścią nie tylko historii, ale naszego wychowania. Można obudzić przeciętnego Polaka nad ranem i zapytać o to kim było Kapo Polak to płynnie wyjaśni. I jak życie mnie nauczyło – tylko Polak to płynnie wyjaśni. Mieszkałam już w moim życiu w kilku krajach. Wiecznie jestem w podróży i poznałam naprawdę wiele różnych osób. Od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że wszyscy obchodzą się z historią miejsc takich jak Auschwitz jak z królową angielską. Wiedzą, że były to rzeczy złe i straszne, to jest zakodowane w nich głęboko, tak samo jak szacunek. Kiedy jednak wspomnisz o tym, że robili z ludzi mydło to każdy się zdziwi. Co ty mówisz, naprawdę? Ale na serio? Aż takie okrucieństwo? Ale jak to? To pod hasłem „rzeczy złe i straszne” kryje się robienie mydła? Albo abażurów? To jeszcze straszniejsze niż ogólniki, którymi karmi się większość ludzi. Chyba wszyscy, oprócz Polaków, pomijają turpistyczne makabreski i wizualizacje tego fragmentu historii. A my znamy je na pamięć o każdej porze dnia i nocy.

Żebyśmy jednak zrozumieli się jasno i klarownie: nacjonalizm to syf Polakom nie chodzi o żadną zemstę ani nic takiego. Osobiście uwielbiam zarówno Niemców jak i Rosjan. Wiedza o Auschwitz jako podstawa tożsamości narodowej nigdy nie powinna być wymówką do jakiejkolwiek agresji. To kwestia szacunku do przeszłości, a nie powodem do nienawiści. Sprawa jest bezdyskusyjna. Ponieważ, jak już wspomniałam, głęboka świadomość na temat tego jak dokładnie działało Auschwitz, leży na swój sposób u podstaw naszego wychowania, zawsze z wielkim zainteresowaniem sięgam po książki opisujące to zagadnienie z perspektywy obcokrajowca. Trochę jak nauczyciel, który sprawdza ucznia z posiadanej wiedzy, bo jest świadom tego, że wie lepiej. właśnie dlatego sięgnęłam po Tatuażystę z Auschwitz, pozycję reklamowaną przez innych czytelników jako świadectwo pochodzące od słowackiego Żyda, ale spisane przez australijską…. ignorantkę.

Książka ta rozpoczyna się, kiedy główny bohater (Lale) trafia do obozu i zupełnie nie zdaje sobie sprawy z tego, co go czeka. Przez chwilę otrzymujemy opisy rodem z taniego reportażu, gdzie zamiast sensownych informacji i faktów, autorka skupia się na dramatycznych opisach pełnych łzawego słownictwa poświęconego ostatniemu okruszkowi chleba, o który bić się musiały tysiące wychudzonych mężczyzn i kobiet. Lale według autorki nie wie czego się spodziewać, ale , która się wkrótce wydarzy, bo liście spadają z drzew przedwcześnie, psy chodzą smutne i koty chowają się po kątach. Taka typowo hollywoodzka cisza przed burzą, która jest moim zdaniem zupełnie niezrozumiała. Skoro Lale trafia do obozu w 1942 roku, to znaczy, że od dwóch lat Auschwitz działa i zabija. Opisując pierwsze wrażenie bohatera nie trzeba w tym momencie sięgać po idylliczne budowanie napięcia za pomocą tanich metafor. Wystarczy po prostu opisać prawdę, ponieważ jeżeli chodzi o horror obozów koncentracyjnych to dramatyzm jest zbędny – prawda szokuje wystarczająco. Dalej, z biegiem czasu, Lale zaczyna trzymać się bliżej z paroma więźniami, jakimś strażnikiem, tutaj chwyci dodatkowe jedzenie, tam za sprawą trzech komplementów zostanie tatuatorem i po dwóch rozdziałach czytelnik zostaje postawiony przed małym podsumowaniem aktualnej sytuacji głównego bohatera: sypia w pokoju jednoosobowym, wie jak zdobyć dodatkowe jedzenie, czekoladę czy kiełbasę, ogólnie to nawet się chłopak ustatkował. Tysiące ludzi ginących w komorach gazowych schodzą zupełnie na dalszy plan, ponieważ nasz główny bohater się ustawił, a na dodatek zakochał i załatwił sobie i swojej dziewczynie pracę minimalnie bezpieczniejszą niż inne.

Wierzę, że autorka, przygotowując się do wydania książki opartej na świadectwie z Auschwitz, musiała przejść  lekcję historii na ten temat. Musiała mieć mniej więcej jakieś rozeznanie, bowiem czasem używa niemieckiej terminologii określającej pozycję w obozie. Z drugiej jednak strony nie kwapi się, żeby wyjaśnić, co oznaczał podstawowy fakt: tatuażysta z Auschwitz miał wiecznie pełne ręce roboty. Nawet jeżeli Heather Morris jest mało domyślną kobietą, to  były więzień podczas swoich zwierzeń musiał wyjaśnić jej. Że generalizowanie tego do opisów wprowadzających iluzję stabilizacji: „codziennie tatuował setki ludzi, nie mógł się doczekać spotkania z ukochaną” to trochę zniewaga tych setek ludzi, które umarły . Jakiekolwiek głębsze wyjaśnienia nie występują nawet w tle fabuły. wydawać by się mogło, że to moje polskie przewrażliwienie, bo członkowie mojej rodziny, jak rodziny wielu z nas, także umierali w Auschwitz, ale nie o to mi chodzi. Martwi mnie to, że osoby mniej dociekliwe nigdy nie sięgną po „Medaliony” i produkcji mydła z ludzkiego tłuszczu. W XXI wieku one sięgną po wypromowaną w internecie książkę Morris i przeczytają, że dużo ludzi przyjeżdżało do Auschwitz. Owszem byli tatuowani, ale ich losy nie są ważne, bo liczy się tylko to, że jeśli byłeś wygadany i zaradny to mogłeś się w obozie ustawić, załatwić dziewczynie dobrą pracę w biurze, więc chyba nie mogło być tak źle? O czym ci Polacy tak mówią, czemu wciąż ich to smuci, skoro tam dało się żyć? I to jest właśnie syndrom Hollywood. Książka opisująca historię z Auschwitz, która prowokuje czytelnika do płaczu, ponieważ on i ona poznali się i zakochali, przeżyli i razem umarli ze starości. To historia jak szansa jedna na milion i w rzeczy samej możemy śmiało założyć, że na jedno szczęśliwe zakończenie pobytu w obozie koncentracyjnym przypada milion innych osób, które . Ale to w Hollywood byłoby przegięciem. Hollywood potrzebuje happy endów.

Wracając do fabuły, kiedy sytuacja pomiędzy Lalem i Gitą czyli jego ukochaną) relatywnie się stabilizuje, zaczynamy brnąć przez szereg wybitnie stereotypowych sytuacji pełnych dobrych i złych bohaterów. Przyjaciele głównej pary są atrakcyjnymi ludźmi bez wad, natomiast strażnicy więzienni są zawsze otyli, mają  brzydkie twarze, ogromnie grymaszą, pocą się i tak dalej. Taki amerykański przegląd rodem z komedii dla nastolatek. Mądre dzieciaki mają aparaty na zębach i okulary, cheerleaderki są chudymi blondynkami z dużym cycem, a alternatywne dzieciaki to Azjaci w strojach gothów. W Tatuażyście z Auschwitz jest tak samo. Niestety także autorka oprócz opisów dopowiada niby wyjaśniających tok myślenia oprawców i szczegóły, których nie mogła poznać dzięki rozmowom z Lalem, ponieważ to nie jego one dotyczą. Tak na przykład dowiadujemy się, że więźniowie tęsknią za domem, a niektórzy strażnicy oczywiście chcą tylko gwałcić i rabować. W stereotyp pogania stereotyp, a bzdura wciska mnie w banał.

Nie wiem co dokładnie powiedział jej Lale Sokolov. Tego nie wie nikt z nas, aczkolwiek mam przeczucie, że powiedział jej to, co czytamy w wielu świadectwach byłych więźniów. Dużo śmierci, okrucieństwa i bezwzględnej walki o przetrwanie. Dużo ciężkich wyborów, koszmarów i skrajnych emocji. Ale tego nie ma w tej książkce. W tej książce jest wypolerowana, błyszcząca amerykańska historia z happy endem. Ta książka jest jak przystojny mężczyzna reklamujący drogi samochód lub chuda modelka reklamująca bikini na plaży. Jakby brzydcy ludzie nie istnieli, jakby każdego z nas było stać na taki samochód. W końcu wierzymy w to, w co chcemy uwierzyć. Trochę budzi to mój niesmak, ponieważ, w przypadku obozów koncentracyjnych prawda broni się sama i nie potrzeba im hollywoodzkiego pucowania, żeby wzbudzały nasze emocje. Świadectwa z Auschwitz są niesamowite, ponieważ są szczere i bezpośrednie. A nie dlatego, że dobrzy ludzie są przystojni, a źli ludzie mają brzydkie twarze. Hollywood jest tutaj niepotrzebne.

Wracając do moich rozmów z obcokrajowcami o Auschwitz i tego jak uogólniony i „bezpieczny” jest ich zakres wiedzy – nie dziwi mnie to, że Australijka opisała usłyszane świadectwo w ten, a nie inny sposób. Skupiła się na pięknym i wesołym, a istotę tej historii po prostu zignorowała. Kiedy nie jesteś Polakiem, prawda może nie zmieścić się w twojej głowie, bo twoja edukacja była o wiele łagodniejsza, bardziej ogólna. Dlatego też w tej książce nie ma ani tatuażysty, ani Auschwitz, jest tylko wielki soczysty happy end z Hollywood. Nawet, jeżeli bardzo nieprecyzyjne i nieprawdziwe okrucieństwo dziejące się gdzieś przykuje twoją uwagę, to nie tak masz się czuć po przeczytaniu tej książki. Masz płakać ze szczęścia, a nie z przerażenia. Masz się czuć po amerykańsku. Dużo ludzi z odległych miejsc na świecie ma takie podejście, bo w gruncie rzeczy ta tragedia nie leży w ich kulturze. Natomiast potrzeba przystojnych mężczyzn, pięknych dziewczyn w bikini i szczęśliwych zakończeń to kwintesencja podejścia do życia pięknych ludzi z Ameryki lub właśnie Australii i Auschwitz to nie . To prawda, której , więc stosują hollywoodzki mechanizm wyparcia.

„Ich jedyny syn Gary urodził się w 1961 roku, gdy Gita miała 36 lat, a Lale 44. Mieli wszystko, czego pragnęli: dziecko, przyjaciół, powodzenie w interesach i święta na Złotym Wybrzeżu, a przede wszystkim miłość, której nawet największe cierpienia nie zdołały złamać.”

To jedno z ostatnich zdań w książce doskonale podsumowuje praktycznie całą jej treść i . Idea Auschwitz jako obozu koncentracyjnego, powody dla których Lale znalazł się tam na początku i wszystko, przez co musiały przejść miliony ludzi cierpienia, tak naprawdę pragnie człowiek to powodzenie w interesach i święta na Złotym Wybrzeżu. Taki hollywoodzki Holocaust. Żeby móc polubić zamiast zrozumieć, żeby się przypadkiem zbytnio nie przerazić…

I tak sobie myślę, nie byłoby w tym nic złego. Naprawdę. Idea fabularyzowania obozów koncentracyjnych brzmi dla mnie niewiarygodnie, ale może powinniśmy zacząć to robić, żeby móc przestać się tym katować. Może w tym szaleństwie jest metoda, żeby zrozumieć, uszanować i tak dalej. Myślę sobie także, że nie mogę obwiniać Amerykanów czy Australijczyków za ich model wychowania, potrzebę utożsamiania Brada Pitta z dobrem, bo jest bogaty i Marilyna Mansona ze złem, bo nie jest przystojny. Co mnie jednak dziwi i zarazem smuci, to opinie polskich czytelników, które czytam dosłownie wszędzie w internecie. Kiedy wchodzę na popularne portale literackie czy blogi z recenzjami i czytam opinie w stylu „wstrząsnęła mną tak książka,  nie jestem w stanie nic napisać, bo historia jest taka straszna” to zastanawiam się czy czytaliśmy tę samą książkę?  W Tatuażyście z Auschwitz, którego ja czytałam, był Lale i miał się całkiem dobrze, radował się z powodu swojej miłości i gdzieś w tle jakiś anonimowy człowiek został zabity przez anonimowego żołnierza, czemu autorka poświęciła może pół zdania. Więc jakim cudem większość czytelników odbiera tę książkę jako świadectwo z obozu? Ludzie po wyjściu z Auschwitz przeważnie popełniali samobójstwo,  leczyli się psychicznie i nigdy nie dochodzili do siebie, a nie odjeżdżali różową karetą w siną dal. Dlaczego Polacy zarówno reklamują tę książkę, jak i recenzują jako głęboko wstrząsającą historię na temat okrutnego życia w obozie, skoro nic w tej książce nie jest okrutne, a autorka niewiele uwagi poświęca realiom życia w obozie? Dlaczego wierzymy, że Hollywood to prawda, skoro wychowano nas inaczej?

Reasumując, nie obwiniam australijskiej pisarki o to w jaki sposób napisała tę książkę, ponieważ jak już wspomniałam – to jest nasza trauma i nie ma sensu, żeby Morris traktowała to osobiście, w końcu to nie jej . Z drugiej strony jestem ogromnie ciekawa co usłyszała podczas przeprowadzania wywiadów z głównym bohaterem, bo dam sobie rękę uciąć, że nie był to wykreowany przez nią hollywoodzki kicz, ale prawdziwe i przewidywalnie okrutne świadectwo. Najbardziej jednak intryguje mnie rosnące w naszym kraju pokolenie ignorantów, które myli prawdę z fikcją i uważa, że poprzez oglądanie amerykańskich produkcji czy czytanie bestsellerów opartych na realiach historycznych, zdobywa jakąkolwiek wiedzę i może się wypowiadać w internecie. Bo tak samo jak Duma i uprzedzenie nie opowiada historii Anglii i Jurassic Park nie opisuje historii Ameryki, tak Tatuażysta z Auschwitz nigdy nie powinien imponować Polakom jako prawdziwe świadectwo.

Tak samo jak Edyta Górniak śpiewająca hymn Polski w 2002 roku czy Kamil Bednarek dodający reagge bit do piosenek Grechuty. Niby nikt nikomu nie może nic zabronić, jest to jakiś własny zamysł artystyczny oparty na czymś istniejącym. Niby można, ale warto tak psuć? Warto?

Może Ci się także spodobać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *