Mój mongolski arbuz

Pamiętam, jak kilka lat temu bylam w Mongolii. Spędziłam tam grubo ponad miesiąc, próbowałam się przyzwyczaić do pogody i kultury, ale trochę mi nie wyszło. Nie chodziło nawet o sam fakt życia w namiocie na środku pustyni, ale o coś zupełnie innego, bardziej prozaicznego. Otóż Mongolia to taki fajny kraj, który ma jedno duże miasto (stolicę) i powierzchnię trzy razy większą niż Polska. I nieważne czy spędzisz w pociągu dzień czy trzy, ale na zakupy zawsze jedziesz do miasta, przeważnie pociągiem. A potem wracasz i po tygodniu w podróży masz zapasy na nadchodzący miesiąc. Tak żyje większość ludzi i jest to całkowicie normalne. Nie mniej jednak, z powodów czysto praktycznych, oznacza to, że ludzie jedzą mało świeżych owoców i warzyw. Im dalej od stolicy tym gorzej.

Kiedy więc w jednej z lokalnych wiosek, gdzieś na południu Mongolii, znalazłam na targu arbuzy, to nie mogłam się oprzeć i kupiłam sobie jednego. A potem nie umiałam go zjeść. Bo gdybym go zjadła, znowu tęskniłabym za owocami, których praktycznie nigdzie nie było. Opakowałam mojego arbuza w starą koszulkę, wsadziłam na dno wielkiego turystycznego plecaka i podróżowałam dalej. Wyciągałam go czasem, wieczorem, przytulałam z sentymentem – w końcu mam arbuza – i chowałam znowu. Po dwóch tygodniach postanowiłam go zjeść. Był zepsuty. Nic nie tknęłam.

Czasem tak mam, że wyszukuję w internecie przypadkowie książki, staram się je jakoś zdobyć i kiedy zbierze się 50 przypadkowych tytułów to wrzucam je na czytnik i na chybił trafił coś czytam. Podobnie było z książką Czy wiesz, że cię kocham?

Po przeczytaniu mniej więcej połowy, miałam dość. Okazało się, że to drugi tom z trylogii pod tytułem Piosenki dla Pauli. Nie ma problemu, pomyślałam. Wrzuciłam tytuł pierwszego tomu w wyszukiwarkę i…  Nic. Nie było tej książki dosłownie nigdzie. Ani za darmo, ani za pieniądze. Ciekawość tego, co wydarzyło się w pierwszym tomie, o czym rozmawia cała czwórka głównych bohaterek, doprowadziła mnie do szaleństwa. Pisałam anonimowe posty na dziwnych forach dla nastolatek, bo może akurat ktoś ma pdf i podeśle. Ale nic się nie ruszyło.

Pamiętam, to było już kilka lat temu, zapisałam gdzieś w kalendarzu i regularnie szukałam Piosenek dla Pauli w internecie. I nic.  W końcu uznałam, że chyba po prostu kupię tę książkę, bo niewiedza doprowadza mnie do szaleństwa.  Okazało się jednak, że jeden ebook jest droższy niż cała trylogia w używanym stanie zamówiona na Allegro. Więc zamówiłam komplet (za mniej niż 20 złotych) do domu moich rodziców. Ponieważ nie mieszkam w Polsce, zajęło mi ponad rok czasu znaleźć chwilę i ich odwiedzić. Spakowałam całą trylogię i wróciłam. Początkowo trzymałam ją w piwnicy, bo wstydziłam się przed mężem. Po jakimś roku wyjęłam ją i po prostu postawiłam na półce.

Dzisiaj mijają 4 lata od kiedy zapragnęłam przeczytać Piosenki dla Pauli i ponad dwa lata od kiedy mam te książki w posiadaniu. NIE PRZECZYTAŁAM ICH JESZCZE. Cały czas traktowałam je jak jak takiego mongolskiego arbuza, bo jestem praktycznie pewna, że książki te są kiepskie w środku. Z drugiej jednak strony traktuję je jak mongolskiego arbuza w dobrym tego słowa znaczeniu, ponieważ na samą myśl, że kiedyś usiądę, otworzę te książki i dowiem się co to były za słynne wydarzenia w pierszym tomie, czuję małą ekscytację. Taki prezent, który szkoda rozpakować. Świeczki na urodzinowym torcie, które szkoda zdmuchnąć. Wypisz wymaluj mój mongolski arbuz.

W zeszlym tygodniu wylądowałam w Szwajcarii. Niby wyjazd jak wyjazd, trochę jakby służbowy, wbijamy z mężem do hotelu i on woła tak: ty zobacz, jacy mili, na poduszkach mamy po cukierku. Wiadomo nie od dziś, że tam wzrok mój podąża, gdzie cukierki leżą, więc patrzę prędko na jedną z poduszek. A tam leży sugus. Sugus. SUGUS. Piosenki dla Pauli to hiszpańska trylogia. Z początku drugiego tomu wiem, że cztery główne bohaterki nazywają się suguskami, ponieważ ich nauczyciel od matematyki powiedział kiedyś, że ubierają się tak kolorowo jak te cukierki, Sugusy. Myślałam, że to lokalny, hiszpański produkt i w sumiech nie brałam tego poważnie. Suguski to suguski, pewnie jak u nas kasztanki czy tiki taki. Aż tu nagle, na poduszce w Szwajcarii leży Sugus. SUGUS. Popatrzyłam na niego i myślę sobie tak: JEBANE PIOSENKI DLA PAULI. Mój mongolski arbus stulecia. No nic, z ciekawości wrzuciłam nazwę cukierków do sieci i znalazłam informację, że to oryginalne szwajcarskie cukierki.

Następnego dnia z rana poleciałam do pierwszego marketu w okolicy i odkryłam raj. Ściana pełna różnych rodzajów sugusów. Kupiłam odpowiednio dużo i kilka dn później wróciłam do domu. Teraz mój ołtarzyk ma trzy elementy składowe: na środku leżą trzy książki, po prawej cztery paczki cukierków występujących w tych książkach, a po lewej cały arbuz. Chociaż trochę się boję,  dzisiaj zacznę czytać Piosenki dla Pauli tom 1. Raz arbuzowi śmierć!

Może Ci się także spodobać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *