Pięknemu wybaczę

Jak wszyscy doskonale pamiętamy z pierwszej notki, ten blog powstał w celu odczarowania zaczarowanego tabu i rozmawiania o naszych guilty pleasures. Jednak czym innym jest napisanie notki na blogu o paru innych romansidłach, a czym innym jest przyjście do pracy i ogłoszenie wszystkim na zebraniu walnym: nazywam się Kay i myśleliście, że jestem mądra, ale tak naprawdę to oglądam Plotkarę. Dlatego też powoli wychodzę z mojej strefy ukrycia, ale nie jestem jeszcze do końca gotowa, żeby znajomi z pracy wiedzieli co oglądam. Narazie czuję się dobrze z tym, że w ich oczach jestem tylko fizykiem.

Przed ponad pięć lat czułam się jak królowa życia, ponieważ potrafiłam skutecznie ukrywać przed mężem fakt, że oglądam Plotkarę. Swego czasu oglądałam ją prawie codziennie, wszystkie sezony, w kółko i od początku. A to zepsuł mi się laptop i dźwięk działał tylko na słuchawkach, a to mąż poszedł do pracy i miałam pół dnia wolnego, a to ściemniałam, że oglądam dokument Discovery o życiu w Nowym Jorku. I przed ponad pięć lat jakoś szło, aż pewnego dnia on przyuważył nazwę pliku video. Gossip Girl. I zaczął się szantaż.

Czasem wychodzimy gdzieś we troje: ja, mój mąż i ulubiony kolega z pracy, nazwijmy go roboczo Niezorientowanym Amerykaninem, ponieważ jego zorientowanie w amerykańskich filmach i serialach jest milion razy mniejsze niż u przeciętnej polskiej gimnazjalistki. Pewnego dnia wybraliśmy się na piwo, siedzimy i rozmawiamy. Nagle Niezorientowany Amerykanin pyta: hej, Kay, zrobiłaś już te wykresy w tamtym programie na temat tamtych obliczeń i z tymi danymi? Bo ja nie umiem ich zrobić i może wytłumaczyłabyś to, tamto i sramto? Mi automatycznie robi się ciepło na serduszku, czuję się super mega doceniona. Kolega z branży prosi mnie o pomoc i sugeruje, że umiem coś lepiej. Już mam odpowiedzieć, że niestety jeszcze nie miałam czasu się za to zabrać, ale głos zabiera mąż. Mówi tak: nic nie zrobiła, oglądała Plotkarę. Plotkarę. PLOTKARĘ OGLĄDAŁA. Ja blednę, sytucja staje się zła, świat miał o tym nie wiedzieć.  Przypominam sobie jednak, że przecież to Niezorientowany Amerykanin i jak zwykle nie będzie wiedział, co to za serial. Oddycham głęboko, jak przewidywałam kolega drąży: nie znam, co to? Piłeczka po stronie mojego męża. Będzie dyplomatą czy rozwodnikiem? Boom. Odpowiedź jak petarda, jednak będzie rozwodnikiem. – To ten serial o bogatych amerykańskich nastolatkach, Kay go sekretnie ogląda i to codziennie. Moje serduszko krwawi, to nie może skończyć się dobrze, rozglądam się i planuję z której strony karetka będzie miała najlepszy dojazd kiedy albo dostanę zawału, albo zabiję męża.

Jestem człowiekiem, który od zawsze czyta około stu książek rocznie i ogląda mniej więcej… cztery filmy rocznie. Serio. Nie kłamię. Nie umiem oglądać filmów i nie sprawia mi to radości, czego nie mogę logicznie wytłumaczyć. Po prostu tak mam. Dlatego też śmieszą mnie ludzie, którzy potrafią rozgadać się na temat filmów będących ekranizacjami książek. Pytam ich zawsze: a książkę czytałeś? Nie. No właśnie. Paradoksalnie jednak, bardziej śmieszą mnie ludzie, którzy oglądali jakąś ekranizację, dodatkowo przeczytali książkę i mówią, że film jest lepszy od książki. Bo bohater jest ciekawszy, bo więcej się dzieje, bo coś tam i coś tam. Logicznie rzecz ujmując jest tak: jeżeli film jest wiernym odwzorowaniem książki to to jest dobry film. Jeżeli bohater w tym filmie jest kiepski to dlatego, że książka jest kiepska, a ekranizacja wciąż jest dobra. Z drugiej jednak strony – jeżeli książka jest słaba, a film zrobiony jest dobrze, to czy napewno możemy stwierdzić, że ekranizacja jest lepsza od książki? Po pierwsze, przy solidnych zmianach ciężko jest nazwać taki film ekranizacją – staje się on raczej filmem zainspirowanym czy czymś w tym stylu. A po drugie, film oparty na książce nie może być od niej lepszy, ponieważ to nie są dzieła równorzędne. Skoro nie powstały równolegle, skoro autor książki musiał usiąść i ułożyć całą fabułę od nowa, to miał prawo wykreować postaci w ten konkretny sposób. Miał prawo napisać kiepską książkę. Ekranizacja powstaje na podstawie gotowego pomysłu, reżyser ma o wiele łatwiej, ponieważ nie zaczyna z niczym. I nie może ulepszać bohaterów, on ich może zmieniać, co sprowadza nas do tego, że flm przestaje być wtedy ekranizacją i nie da się go z książką porównać.

Właśnie dlatego śmieszą mnie ludzie, którzy wygłaszają takie osądy. W książce bohaterka ma trzy nogi i zielone włosy. W filmie ma zielone nogi i trzy włosy, film jest lepszy od książki. Lepszy w czym, skoro to już nie są te same bohaterki? Może po prostu film podszedł komuś bardziej, bohater był fajniejszy, to może się zdarzyć. Ale nie. Według niektórych ekranizacje są fajniejsze od filmów chyba głównie dlatego, że… nie trzeba ich czytać przez tydzień, bo obejrzenie zajmuje maksymalnie dwie godziny.

Do powyższych przemyśleń natchnęła mnie właśnie Plotkara. Na początku tej notki przyznałam się, że obejrzałam wszystkie sezony Gossip Girl i to nie raz. A potem ktoś mi powiedział, że to w sumie na podstawie serii 14 książek. A ja kocham serie książek, gdzie historia nie kończy się po jednym tomie i można spokojnie dowiedzieć się co było dalej? Dodatkowo, nie ukrywam, że byłam bardzo ciekawa jak Serena, Blair czy Chuck wykreowani są w książce i gdzie to wszystko się zaczęło.

Aktualnie czytam tom numer 8 i szczerze przyznam, że nie jest to zła książka. Znaczy, powiedzmy sobie wprost – spodziewałam się totalnego syfu dla nastolatek, a dostałam średniej jakości szajs pokroju Pamiętników Księżniczki. Ot dylematy w środowisku bogatych dzieci, gdzie jedynymi problemami jest utrata dziewictwa, palenie skrętów i przelew kieszonkowego od rodziców. W sumie to brzmi dla mnie identycznie jak serial. Serena co 10 stron (aka jeden odcinek) ma nowego chłopaka i to ten jedyny, Blair nienawidzi wszystkich i tylko chce każdego ukarać za swoje humorki, Dan to wanna-be pisarz trzymający się na uboczu i tak dalej… Przyznam się bez bicia, że serię przeczytam do końca i nigdy do niej nie wrócę, do serialu mam nadzieję, że także nie.

Dlaczego więc postanowiłam poświęcić moją notkę Plotkarze, skoro opis 7 pezczytanych książek zajął mi jeden leniwy akapit? Z zupełnie innego powodu. Otóż, na mojej liście guilty pleasure oprócz czytania kiepskiej literatury znajduje się także wchodzenie na portale literackie i czytanie recenzji innych ludzi na temat wybranych przeze mnie książek. I tak od dłuższego czasu przeglądam sobie komentarze dotyczące wszystkich tomów Gossip Girl i widzę jeden, powtarzający się schemat. Przede wszystkim, przeprowadzone przeze mnie mini śledztwo wykazało, że większość osób oceniających te książki to kobiety w wieku około 15 lat lub te wciąż łudzą się, że mają 15 lat, chociaz mają dwa razy więcej (tutaj zaliczyłabym mnie samą). Po drugie – jak jeden mąż, wszystkie te kobiety nie lubią żadnej książki z plotkatowej serii i wystawiają im niskie noty. A potem zaczynają argumentować swoją ocenę i tutaj także pojawia się praktycznie jeden schemat. Otóż, książka oceniana jest nisko, uwaga uwaga, ponieważ serial jest lepszy. Co gorsza – według wszystkich czytelniczek, seria książek, która powstała przed serialem (i posłużyła jako baza do jego nakręcenia) krzywdzi jego bohaterów, bo w książce są tacy… głupi. Tak. Dosłownie. Większość kobiet na portalach literackich krytykuje te książki za to, że bohaterowie są tacy głupi, podczas gdy w serialu są… no właśnie jacy? Głupi i ładni? Głupi i seksowni? Głupi i atrakcyjni? Po obejrzeniu serialu i przeczytaniu 7 książek, szczerze powiedziawszy nie widzę różnicy w przedstawieniu bohaterów. I tu i tu są oni idiotycznymi nastolatkami o problemach rangi rozpieszczonych dzieci w piaskownicy i ego Johny`ego Bravo. Dlaczego więc wszyscy bronią serialu i umniejszają książce, skoro bez książki nie byloby serialu? Skoro kretyn w książce jest równoległym kretynem w serialu?

Myśłę, że to dlatego, że zwyczajowo głupich ludzi wyobrażamy sobie jako brzydkich ludzi, a przynajmniej mocno nieatrakcyjnych. W amerykańskich komediach dla nastolatek, brzydkie dziewczyny są zauważane dopiero wtedy, kiedy się odpicują jak na jarmark i ogólnie ładnym ludziom więcej uchodzi na sucho. Taką mamy rzeczywistość. Dlatego więc, jeżeli ładna Serena w serialu umawia się w jakimś odcinku z chłopakiem X i nazywa go miłością swojego życia, po czym kłóci się ze wszystkimi, którzy tego nie akceptują, to życzymy im dobrze i mamy łzy w oczach ze szczęścia. W następnym odcinku, czyli mniej więcej tydzeń później, Serena kocha kogoś innego i znowu kłóci się ze wszystkimi, bo to chłopak Y jest miłością jej nowego życia, a my nienawidzimy chlopaka X za to co jej zrobił i wierzymy w jej uczucie. Dlaczego? Bo Serena to zgrabniutka, długonoga blondynka w typie wszystkich mężczyzn i większości kobiet. W książce ta sama Serena, zmieniając chłopaka co rozdział, rysuje się w naszej głowie jako brzydka i głupia kochliwa kretynka, wyobrażamy ją sobie w samych negatywach i wygląd uznawany powszechnie za negatywny przychodzi nam do głowy automatycznie.

W książkach za wygląd glównego bohatera odpowiada nasza wyobraźnia i dlatego wygląd ten przeważnie odpowiada charakterowi. Bohaterowie serialu Gossip Girl to rozpieszczone, egoistyczne dzieciaki, które nikogo nie szanują, puszczają się z kim popadnie i mają problemy z każdym oprócz siebie samego. Na papierze są tacy sami. Serialowego Chucka kochają wszyscy, Serena to piękność nad pięknościami, a książek nie lubi nikt. Za to, że są bardziej prawdziwe i nasza percepcja nie ma nic na usprawiedliwienie zachowania bohaterów. Dlatrgo też książki z serii Plotkara niekoniecznie niesprawiedliwie oceniają bohaterów serialu, ale raczej wywlekają na wierzch ich wady, tak ładnie przykryte w telewizji atrakcyjnym wyglądem. I dociera do nas kim są ci ludzie. Chuck, który gdzieś na początku pierwszego sezonu próbował zgwałcić 14 latkę, a my go wciąż uwielbiamy. Serena, która dosłownie spała z połową Nowego Jorku, a dla nas jest taka niewinna i tak dalej. Kochamy ten serial za to, że nie ma w nim niewinnych ludzi i każdy prędzej czy później jest gotowy na wszystko. Dlatego też polecam wszystkim przeczytać chociaż jedną z książek. Jako terapię wstrząsową. Żeby zrozumieć kim naprawdę jest banda pięknych nastolatków i jak się zachowują bez makijażu.

Może Ci się także spodobać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *