Ocean’s 8, czyli jak smakuje odgrzewany kotlet?

W przemyśle filmowym co jakiś czas przychodzi moda na odkopywanie hitów z mniej lub bardziej odległej przeszłości. W ostatnim roku na ekranach polowania urządzała kobieca wersja Pogromców duchów, każde duże dziecko wypatruje kolejnych Iniemamocnych, źródełko finansowe pod szyldem Gwiezdnych wojen odżyło ponownie, a powrotów do życia produkcji superbohaterskich nie podejmuję się zliczyć. W tym roku kontynuacji doczekała się również seria Ocean’s. Może nie jest to wiekowy dinozaur, ale po jedenastu latach od zakończenia trylogii skupionej wokół postaci pełnego uroku złodzieja – Danny’ego Ocean’a, ktoś w fabryce snów postanowił powołać do życia Debbie Ocean, jego siostrę.

Fabuła

Deborah Ocean (Sandra Bullock) zostaje przedterminowo zwolniona z więzienia, po przekonywującej opowieści o marzeniach, w których jest uczciwą, płacącą podatki obywatelką. Brzmi znajomo? I powinno. Dokładnie taka sama scena rozpoczyna Ocean’s 11. Jedyną różnicą jest to, że w 2001 roku na krześle przed kamerą, w pomarańczowym więziennym kombinezonie, siedział George Clooney. Miły ukłon w stronę poprzedników. Na szczęście, tak jak w pierwowzorze, bajka o uczciwości przedstawiona komisji rozpatrującej wnioski o zwolnienie warunkowe była jedynie dobrą grą aktorską bohaterki i nijak ma się do rzeczywistości.

Zaraz po opuszczeniu murów więziennych, Debbie wprowadza w życie plan kradzieży stulecia, który układała przez ostatnie pięć lat, osiem miesięcy i dwanaście dni spędzonych za kratkami. I jest to plan tak zuchwały jak te, które widzieliśmy w poprzednich filmach. Panna Ocean nie rozmienia się na drobne i podczas zbliżającej się Gali Met (modowa impreza dla celebrytów, gdzie na czerwonym dywanie mogą się pochwalić kreacjami, a zdjęcia z tego wieczoru przez kilka kolejnych dni podziwia cały świat), zamierza ukraść diamentowy naszyjnik – Toussaint. Największą trudnością w całym przedsięwzięciu jest już samo sprowadzenie celu na galę. Błyskotka, stworzona przez luksusową markę jubilerską – Cartier, od lat nie opuszczała skarbca tej firmy, a warta jest 150 mln dolarów. Czas poświęcony na ułożenie i dopracowanie planu nie poszedł jednak na marne i wszystko jest przewidziane w najdrobniejszych szczegółach.

Na przód, drużyno!

Powoli zbiera się drużyna naszyjnika, bo przecież żaden wielki skok nie może odbyć się bez dobrej i zaufanej ekipy. Skład grupy jest mniej liczny niż w poprzednich częściach serii, ale równie barwny. Mamy na ekranie osiem kobiet, z których każda jest mistrzynią w swoim fachu. Pierwszą do której Deborah kieruje swoje kroki jest jej przyjaciółka, złodziejka Lou, grana przez Cate Blanchett. Zręczne ręce zapewnia utrzymująca się z karcianych sztuczek i drobnych kradzieży kieszonkowych, Constance (Awkwafina), a skoro kradzież dotyczy biżuterii, to byłoby trudno bez udziału zaznajomionej z główną bohaterką jubilerki, Amity (Mindy Kaling).

Rihanna, wcielająca się w postać hakerki Nine Ball, odpowiada za obejście zabezpieczeń w miejscu akcji, Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku. Powodzenie misji zależy głównie od pojawienia się naszyjnika na gali. Sprowadzenie go spoczywa w dużej mierze na barkach projektantki mody, Rose (Helena Bonham Carter) i nieświadomej swojej roli w tym procederze, aktorki biorącej udział w wydarzeniu – Daphne Kluger granej przez Anne Hathaway. Ostatnią członkinią szajki jest paserka Tammy (Sarah Paulson), która na co dzień spełnia się jako przykładna matka i gospodyni domowa.

Po co istnieją scenarzyści?

Twórcy nie pożałowali funduszy na obsadę tego filmu. Jak widać w powyższym opisie, w czołówce błyszczą zarówno sławy o ugruntowanej pozycji, jak i modne ostatnimi czasy nazwiska. Wydawałoby się, że ten film ma wszystko, co gwarantuje sukces i nie da się tego zepsuć. Cóż, nic bardziej mylnego. Ktoś przy rozpisywaniu budżetu zapomniał chyba o scenarzystach, w końcu to tak mało istotny element produkcji. Wyciągnięcie scenariusza sprzed lat i podmiana bohaterów to jednak trochę za mało. Takie podejście skutecznie zbombardowało cały potencjał osób zgromadzonych na planie. Za wszystkie minusy wymienione w dalszej części, odpowiada właśnie oszczędny, na wielu płaszczyznach, scenariusz .

Powrót do przeszłości

Najbardziej boli mnie brak dostosowania dynamiki filmu do obecnych tendencji. Rozumiem, że chodziło o nawiązanie stylem do produkcji sprzed siedemnastu lat (Ocean’s eleven 2001), ale bez przesady. Podobny efekt uzyskamy oglądając pierwszą część Szybkich i wściekłych, po wcześniejszym zaznajomieniu się z jedną z najnowszych odsłon tej serii. Między obecnymi produkcjami, a filmami akcji z 2001 roku jest przepaść pod względem realizacji zarówno w kwestiach technicznych jak i tempie wydarzeń. Dla niektórych może być to sentymentalna podróż w czasie, dla mnie jednak była to nieprzyjemna niespodzianka. Gdyby chodziło jedynie o dynamikę, to jeszcze mogłabym przymknąć oko i wybaczyć twórcom, ale problemów jest znacznie więcej. Oryginalna trylogia mogła się pochwalić między innymi umiarkowanym, dobrze dawkowanym humorem. W Ocean’s 8 niby coś jest, ale tylko niby. Może kilka razy nieśmiało uniosłam kącik ust podczas seansu, zwłaszcza w momentach, kiedy Anne Hathaway przejmowała pałeczkę na ekranie. Dla mnie jednak takich okazji było stanowczo za mało w stosunku do poprzednich części serii.

Szukanie dziury w całym, czy w sicie?

Siedząc w kinowym fotelu i śledząc akcję, ciągle miałam wrażenie, że czegoś mi brakuje. Niby wszystko grało, ale skoro tempo nie było zbyt intensywne, to miałam za dużo czasu na dokładną analizę fabuły. Gdzieś z tyłu głowy ciągle czaiły się bliżej niesprecyzowane wątpliwości. Czego mi brakuje? Na pierwszy rzut oka jest wszystko. Szajka, przygotowania, kradzież, Francja-elegancja, dlaczego się czepiasz dziewczyno? Już zaczynałam sobie ubliżać od starych marud, aż tu nagle olśnienie! W poprzednich częściach kradzież była tylko elementem całej gry, zawsze chodziło o coś więcej. Tym czymś zazwyczaj była zemsta na godnym przeciwniku, który szczególnie naraził się paczce głównych bohaterów. Takim arcy-nemezis całej ekipy lub głównego bohatera. Z bardzo dużą dozą cierpliwości i przymrużeniem oka można się doszukać namiastki takiego wątku, ale jednak to nie jest to samo. Nie da się zastąpić dania głównego przystawką, ale i tak nie będę Wam psuła zabawy i nie zdradzę szczegółów.

Zbyt piękna bajka

Mam za złe twórcom tego filmu, że dali mi podczas seansu aż tyle czasu na przemyślenia. To był podobny stan jak podczas zasypiania, kiedy mogę spać, a nawet powinnam, ale trybiki nie chcą przestać się obracać, bo przecież muszą przeanalizować ostatnie dziesięć lat życia. I właśnie w taki sposób chyba pierwszy raz w życiu zaczęły mnie drażnić dziury logiczne w filmie akcji. Czuję niesmak z tego powodu, bo były bardzo niewielkie, zazwyczaj nawet bym ich nie zauważyła, a tu taka niespodzianka. Na ekranie czasem ktoś jest większym gapą niż powinien, a kiedy coś zaczyna się komplikować, to z nieba spada rozwiązanie. Twórcy chyba przesadzili z idealizowaniem kobiecej wersji historycznej kradzieży. Rozumiem, że panie mogą być bardziej zorganizowane, ale dlaczego wszelkie problemy zostają opanowane zanim dobrze zdążą się pojawić? Taki sposób prowadzenia fabuły niweluje wszelkie napięcie podczas seansu, przez co chwilami nie wiadomo czy to film akcji, czy lekka obyczajówka.

Aktorzy raz jeszcze…

Wróćmy może do aktorów. Widząc po raz pierwszy informację o obsadzie, przyklasnęłam z radości, bo znalazły się na tej liście dwie aktorki, które bardzo lubię. Sandra Bullock i Anne Hathaway nigdy mnie nie zawiodły i miałam nadzieję, że w tym przypadku będzie tak samo. W połowie się nie zawiodłam. Anne Hathaway jest dla mnie najlepszą złodziejką z całej grupy, bo kradnie uwagę widza w stu procentach. Świetnie bawi się rolą nieco rozkapryszonej, momentami rozchwianej emocjonalnie, celebrytki.

Niestety, drugą z pań jestem nieco zawiedziona. Zabrakło jej tego czegoś, dodatkowego uroku który miała nawet w Miss Agent jako bardzo męska agentka FBI. W Ocean’s 8 porusza się z punktu A do punktu B, wypowiada swoje kwestie, niby wszystko jest jak powinno być, ale nie ma tej iskry, która przykułaby do niej uwagę. Kiedy podczas jednego z ujęć en face, uroda aktorki zaczęła mi się kojarzyć z wyglądem króla popu, Michaela Jacksona, to o niczym innym nie mogłam myśleć widząc ją na ekranie. Niestety, było to gwoździem do trumny dla mojego odbioru postaci Debbie Ocean.

Dużym zaskoczeniem była dla mnie Rihanna. Piosenkarka całkiem dobrze wcieliła się w rolę hakerki i nie zginęła w tłumie koleżanek aktorek. Nie mogłabym nie wspomnieć o Helenie Bonham Carter. Muszę tutaj przyznać się do jednej wstydliwej kwestii – nie znam dorobku tej aktorki. Koniecznie muszę nadrobić te braki, bo wiele osób zachwyca się jej kreacjami. Mam nadzieję, że trafię na jakąś flagową pozycję, po której zostanę jej fanką. Tutaj niestety nie miałam takiej możliwości. Jest po prostu nieco ekscentryczną projektantką mody, sprawdza się w tej roli, postać jest fajnie zarysowana i tyle. Pozostałe panie przemykają gdzieś nieśmiało na ekranie. Szkoda.

Minuta ciszy dla ofiar poprawności politycznej

Ostatnio Hollywood upodobało sobie walkę z dyskryminacją czy to ze względu na płeć czy kolor skóry. Ocean’s 8 celuje właśnie w pierwszą z tych kategorii. Twórcy próbują pokazać, że kobiety też potrafią wcielać się w role, kojarzone dotychczas głównie z męskimi odtwórcami. Pomysł może i fajny, ale w tym przypadku realizacja kuleje. Największym problemem tej, zdawałoby się barwnej, szajki jest o dziwo nijakość. W realnym świecie ludzie nie są nijacy. Każdy ma jakieś uwarunkowania środowiskowe, jakąś osobowość. Różnimy się i właśnie to jest elementem podsycającym wszelkie interakcje międzyludzkie. Ocean’s 8 w dużej mierze jest jak polskie blokowiska, które często wszystkie są na jedno kopyto, nijakie, czasem pomalowane w barwy tęczy, ale nie zmienia to faktu, że nic z tej pastelowej masy się nie wyróżnia. I właśnie w taki opis wpisuje się większość obsady.

Chwilami miałam wrażenie, że Sandra Bullock i Cate Blanchett postawiły sobie za cel stworzenie kreacji tak nijakich i wypranych z emocji, jak to tylko możliwe. Stanowczo byłyby to dwie mocne faworytki do żeńskiej wersji terminatora. Wykorzystanie kobiecego uroku byłoby przecież przejawem seksizmu, złamaniem ideałów, zabiciem małych pand, zbrodnią przeciw ludzkości czy czymś w tym stylu. A czy ktoś kiedyś widział filmowego złodzieja bez pewnej dozy uroku osobistego? Wisienką na tym przesłodzonym torcie jest przemowa głównej bohaterki, motywująca całą grupę tuż przed skokiem.

„Nie robicie tego ani dla mnie, ani dla siebie. Gdzieś na świecie 8-letnia dziewczynka marzy teraz o karierze kryminalistki. Robicie to dla niej.”

Panowie, duchy z przeszłości

W obsadzie znajdziemy kolejne nawiązanie do poprzednich części. Pojawiają się dwaj uroczy panowie, którzy występowali u boku Georga Clooneya. Jeśli oglądaliście trylogię Ocean’s, to na pewno pamiętacie zarówno Yena jak i Reubena. Yen to azjatycki akrobata, który mieścił się w najmniejszych dziurach i wykonywał ewolucje przyćmiewające nawet wysiłki wiszącego na linie Toma Cruisa w słynnej scenie z Mission Impossible. Myśląc „Reuben”, zawsze mam przed oczami jego pierwszą scenę w Ocean’s eleven. Obwieszony złotem, siedząc nad basenem we wzorzystym szlafroku, zapada w pamięć, kiedy nie zostawia suchej nitki na planie kradzieży przedstawianym przez Brada Pitta i George’a Clooneya. Dla mnie jest to jedno z najbardziej charakterystycznych ujęć tego bohatera.

Już wiadomo, dlaczego zaoszczędzono na scenarzystach

Budżetu wystarczyło również na pomniejsze role. Możemy obserwować różnych celebrytów przechadzających się po czerwonym dywanie, między innymi Serenę Williams, Heidi Klum czy Kardashianki. Podczas gali, przy stoliku Daphne Kluger siedzi Katie Holmes, a przygotowania do skoku, prowadzą jedną z bohaterek do redaktor naczelnej amerykańskiego wydania Vogue’a – Anny Wintour. Przyjemnie obserwuje się tę plejadę gwiazd, a przy okazji pomaga to w określeniu rangi Gali dla osób, które nie śledzą świata mody.

Śpiewający taksówkarz gwiazd

Nie rozumiem jednak jednej, stosunkowo rozbudowanej roli, która pojawia się pod koniec filmu. James Corden, śpiewający taksówkarz gwiazd, którego wiele osób kojarzy głównie z Carpool Karaoke, wyskakuje trochę jak Filip z konopi i… no właśnie, nic.

Gra tutaj rolę śledczego działającego na zlecenie ubezpieczyciela firmy Cartier. Jego zadaniem jest ocena czy naszyjnik został faktycznie skradziony, czy nie jest to jedynie mistyfikacja jubilera będącego właścicielem błyskotki. Oceniając samego Cordena muszę przyznać, że jak zawsze jest świetny. Przyciąga uwagę, na pozór wszystko w jego roli jest super, gdyby nie rodzące się pytanie do twórców – po co on się tutaj znalazł? Jego postać po prostu jest. Gdyby jej nie było, to w sumie nie zmieniłoby nic w fabule. Jego rolę mógłby spełnić każdy, na przykład bezimienny stróż prawa i efekt końcowy też byłby taki sam. Największym mankamentem było wprowadzenie tej postaci tak, jakby scenarzyści w ostatniej chwili przypomnieli sobie, że ktoś taki miał istnieć, może też tak właśnie było?

O bogowie popkultury, ześlijcie natchnienie na twórców, bo chyba gdzieś zbłądzili. Moim zdaniem jest to bardzo przeciętny film z kilkoma niezłymi momentami. Może się poszczycić ciekawą, ale niestety niewykorzystaną, obsadą i misją szerzenia ideałów w sposób równie subtelny, co wprowadzenie w Klanie reklamy płacenia abonamentu RTV. Mógł być hit, a jest przeciętniak. Przez sentyment do poprzednich części można obejrzeć Ocean’s 8, ale nie należy spodziewać się fajerwerków. No, może poza zaskakującym zakończeniem jednego wątku, które jest najjaśniejszym punktem całej produkcji. Nie polecam, nie odradzam.

Może Ci się także spodobać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *