12 rzeczy, które wiążą się z usunięciem facebooka (1/3)

Kay zwariowała! Przygrzało jej mongolskie słońce i efekty pojawiły się z opóźnieniem. To była pierwsza myśl, która pojawiła się po dziwnych słowach napisanych przez Kay na innym komunikatorze: usunęłam fejsa. Chwilę później roześmiałam się i pomyślałam, że to dobry dowcip. Przecież na messengerze byłyśmy w połowie fascynującej rozmowy o życiu, podboju świata czy czymś równie istotnym, nie mogła tak po prostu, niemal w połowie zdania, zrobić czegoś tak…nienaturalnego w dzisiejszych czasach. Ale cóż, Kay to Kay, przywykłam już, że normalność to nie jest jej bajka i również za to ją uwielbiam. Nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać. Szybko sprawdziłam czy to nie żart.

Faktycznie, nasz wspólny czat nie przyjmuje mojej wiadomości i wypluwa komunikat o niedostępności użytkownika. Kolejna myśl – Kay nie wytrzyma, poczekam sobie spokojnie, za tydzień wróci i wszystko będzie po staremu. Przecież taki internetowy troll (wybacz Kay, że tak publicznie, ale sama się z tego śmiejesz) nie da rady długo funkcjonować bez mediów społecznościowych. Tak, wszystkich mediów społecznościowych, bo drugi zjadacz czasu, instagram, został pogrzebany chwilę wcześniej. Okazało się, że żadne „ale przecież” tu nie działają, a moja przyjaciółka ponownie mnie zaskoczyła. Od wieczora 15.04.2018 r. jest „martwa”. W dzisiejszym świecie jeśli nie ma nas na fejsie, to nie istniejemy. Ale czy na pewno? Czy decyzja o kasacji była dobrym pomysłem? Jak wygląda świat ze strony osoby uwolnionej od popularnych społecznościówek, a jak wygląda to od strony standardowego użytkownika? W tym poście znajdziesz dwa punkty widzenia na różne plusy i minusy zarówno posiadania jak i kasacji konta na najpopularniejszym portalu społecznościowym.

Jest to pierwszy z trzech postów przedstawiających nasze poglądy zarówno na posiadanie jak i usunięcie konta na Facebooku. W każdej z nich będziemy komentowały najbardziej popularne za i przeciw posiadania konta na Facebooku. Drugi z komentarzy będzie odnosił się zarówno do doświadczeń autorki jak i wypowiedzi poprzedniczki. Nasze zdania w wielu kwestiach się różnią i bez tego ograniczenia mogłybyśmy przerzucać się argumentami bez końca. Jeśli chcesz się przyłączyć do dyskusji, to zapraszamy do komentowania.

Część pierwsza: Przepływ informacji

1. Ten słynny Messenger

Nina: Czytelniku, co robisz kiedy chcesz podesłać znajomym ciekawy artykuł lub tak po prostu dać znać, że żyjesz? Moim pierwszym odruchem, podobnie jak sporej grupy ludzi, jest kliknięcie w okienko facebookowego czatu. A tu psikus. Facebook uparcie wypluwa komunikat „Ta osoba jest teraz niedostępna”, zakończony drwiącą z nas kropką nienawiści. Trzeba szukać alternatywy. Kiedyś były sms-y, mms-y, ale jak można ograniczyć się tylko do telefonu, skoro dotychczas mogliśmy otwierać wiadomości za pomocą telefonu, ale także innych sprzętów? E-mail? Bez sensu. Raczej ciężko przeprowadzić tam szybką wymianę zdań. Kiedyś było gadu-gadu. Niby nadal istnieje, ale chyba bardziej jako ciekawostka historyczna, a przynajmniej ja tak do niego podchodzę. Do Skype’a nie mogę się przekonać od lat. Co jakiś czas próbuję, ale nie potrafię. Gdyby miał się tam ze mną skontaktować Robert Downey Jr., hm… chyba nawet dla niego bym się nie przemogła.

Padło na Whatsapp – komunikator przypominający dziwne skrzyżowanie gadu-gadu z aplikacją do smsów. Jestem ciekawską osobą i lubię próbować nowe rzeczy, więc przestawienie się na prowadzenie rozmów z Kay właśnie tam, nie było dużym problemem. Jednak jak rozwiązać tę kwestię, kiedy nie chcesz lub nie możesz zainstalować kolejnej aplikacji? Nagle musisz ograniczyć codzienne rozmowy do wymieniania maili raz w tygodniu, a w dalszej perspektywie wysyłacie sobie tylko życzenia świąteczne? Można się obejść bez n-tego linku czy zdjęcia. Najwyżej nie zobaczę najdziwniejszej i zarazem najładniejszej torebki w kształcie jeża, ale brak rozmów o codziennych drobiazgach jest już bardziej odczuwalny. To dla mnie chyba jeden z głównych powodów przeciwko kasacji konta na Facebooku. O ile nie mamy pewności, że wszyscy na których nam zależy, dadzą radę komunikować się z nami innymi drogami.

Kay odpowiada: Po pierwsze – to była naprawdę piękna torebka w kształcie jeża i nadal obiecuję sobie, że ją kiedyś kupię! Po drugie – Konto na Facebooku założyłam już w 2009 roku, ale niekoniecznie od pierwszego dnia korzystałam z niego jak z czatu i jedynego możliwego źródła komunikacji. Od zawsze lista osób, z którymi regularnie rozmawiałam, była bardzo krótka i…. starannie wyselekcjonowana. Dlatego też na swój sposób uważam, że posiadanie Facebooka rozleniwia kontakty międzyludzkie. Przykładowo, myślę, że się zaloguję. Potem pomyślę o X. Ale nie mam czasu zagadać. Zajrzę na jej profil. O, widzę że zrobiła to czy tamto. To pewnie u niej okej, dzisiaj nie muszę znaleźć czasu, aby zagadać. Lub inaczej: to pogadam chwilę z Y. W międzyczasie oglądania serialu, w międzyczasie przeglądania profilu mojego byłego z podstawówki. Cokolwiek. Półgębkiem, w pośpiechu, podczas robienia czegoś innego, w tle będzie messenger czy czat. Tak wygodnie, nakarmię moje ego podwójnie. I nie dość, że nie robię w stu procentach tego, dla czego włączyłam komputer, to także nie rozmawiam w stu procentach. Moja uwaga nie skupia się na osobie z którą rozmawiam. Jasne, że mam dostęp do wszystkich i w każdej chwili mogę zagadać koleżankę mieszkającą w Australii, mogę napisać do syna sąsiadki czy kuzyna koleżanki z przedszkola, bo wszyscy są dostępni. Nie martwi mnie potrzeba kontaktu. Ale czy napewno rozmawiam z ludźmi, z którymi chcę rozmawiać i czy napewno to jest pełnowartościowa rozmowa?

Czym więc zastąpić Facebooka, skoro wszyscy go używają? Zacznę od przełomowego stwierdzenia: wszyscy, którzy mają telefon – posiadają także numer telefonu pod którym można się z nimi skontaktować. Zadzwonić, napisać. Dodatkowo, wszyscy mają adres e-mail. Jasne, że wysłanie wiadomości zajmie więcej czasu, trzeba będzie rzucić wszystko i formułować zdania, przypomnieć sobie co takiego chciało się udostępnić, poszukać w internecie. I oto właśnie chodzi. Miałam dość podsyłania poszarpanych zdań, leniwych literówek i linków zamiast pełnowartościowych wypowiedzi. Nie rozmawiam już z ludźmi o rzeczach nieistotnych. Nie mam takiej możliwości. Do najbliższych dzwonię częściej, do przyjaciół piszę długie mejle i cieszę się, bo większość z nich odpisuje rzetelnie (i mówi mi o wiele więcej niż podczas facebookowego czatu w toalecie czy tramwaju), do wymiany pilnych wiadomości i przesyłania plików mam Whatsapp. To wszystko to małe aplikacje. Niezależne od siebie i służące do różnych celów i nie można spędzić zbyt dużo czasu, bo nic nie rozprasza. Tak. Rozmawiam na czacie mniej i zdecydowanie rozmawiam z mniejszą liczbą osób. Ale to dobra selekcja ludzi istotnych i nieistotnych. Plus patrząc obiektywnie – jeżeli komuś zależy to zmieni coś dla ciebie, kiedy go poprosisz. W końcu do dziś jestem jedynym Whatsappowym kontaktem Niny, a używa ona tej aplikacji razem ze mną codziennie.

2. Te słynne urodziny

Kay: Relacja pomiędzy urodzinami i posiadaniem Facebooka jest skomplikowana. Po pierwsze – jak ludzie złożą mi życzenia, skoro nie ma mnie na fejsie? Po drugie – jak ja złożę życzenia ludziom, skoro nie ma mnie na fejsie? Odpowiedź na dwa powyższe pytania łączy się z moją odpowiedzią na pierwszy komentarz Niny. Jeżeli ktoś chce się z tobą skontaktować, to znajdzie sposób i dacie sobie radę. Naprawdę. Kiedy usunęłam fejsa to… na początku nie powiedziałam o tym nikomu. Napisałam tylko Ninie na Whatsappie, że usunęłam fejsa. Głównie dlatego, że poczułam się głupio, skoro zrobiłam to w środku naszego czatu. A potem czekałam. I dostałam kilka e-maili z pytaniem czy wszystko u mnie ok, bo zniknęłam. Te same dwie osoby wysłały mi życzenia urodzinowe. Mejlem. I zgadnijcie co w nich było? Kilkanaście razy więcej niż „Sto lat” wrzucane zwykle komuś na tablicę. Problem pojawia się jednak w momencie, kiedy ktoś, kogo lubisz, ma urodziny i nie pamiętasz kiedy to było. Tutaj nie mam złotej rady. Aktualnie podpytuję znajomych i zapisuję w papierowym kalendarzu. Ale nie oszukujmy się. W przypadku osób, na których mi zależy, z fejsem czy nie i tak pamiętałam. Dlatego, moim zdaniem, nie taki diabeł straszny jak go malują. Brak Facebooka + dzień urodzin to nieziemska kombinacja, która uświadamia człowiekowi kto tak naprawdę o nim pamięta. To nie zawsze jest miłe, ale czasem dobrze się dowiedzieć, zweryfikować podejście innych do waszej relacji. W telegraficznym skrócie: chcesz się przekonać kto pamięta o twoich urodzinach i tęskni za waszymi rozmowami? Usuń Facebooka i poczekaj.

Nina odpowiada: Urodziny są jedną z tych rzeczy, których nigdy nie wiązałam z Facebookiem, więc tak do końca nie rozumiem tego problemu. Wszystkie istotne daty zapisuję w kalendarzu Google. Jeśli czegoś tam nie mam, to znaczy że nie jest dostatecznie ważne. Nie zaprzeczam, miło jest dostać życzenia od setek osób, ale czy to ma jakieś znaczenie? Facebook niemal każdego dnia podstawia nam pod nos odpowiednią rubryczkę, w którą możemy wpisać nasze „Sto lat!”. Czy jednak nie zaczyna to być w pewnym momencie automatyczne tak samo jak klikanie w przycisk „zamknij” przy komunikacie o plikach cookies? Chociaż ważniejsze pytanie powinno brzmieć: czy rzeczywiście interesują nas życzenia od kogoś z kim łączy nas głównie facebookowy status?

Mimo posiadania kont na portalach społecznościowych, jestem tradycjonalistką w kwestii urodzin i lubię przesyłać wtedy dość rozbudowane i osobiste wiadomości. Jeśli nie wiem czego życzyć drugiej osobie, to pierwsza oznaka świadcząca o tym, że prawdopodobnie nie jesteśmy blisko, a jaki jest sens takich teoretycznych znajomości? Z wysyłaniem życzeń do wszystkich jest też inny problem. Co zrobić, kiedy na Facebooka nie wchodzisz codziennie i przegapiasz urodziny części znajomych? Pomińmy fakt, że prawdopodobnie nie pamiętają oni o naszym istnieniu, tak samo jak my byśmy o nich nie pamiętali bez Facebooka, więc nie zauważą braku. Sama nie potrafię odpowiedzieć sobie na te wszystkie pytania, więc facebookowe urodziny ignoruję od samego początku posiadania tam profilu. Mimo tego, czasem zastanawiam się, czy nie powinnam zmienić podejścia? Podziwiam Kay, że odcięła się od kont społecznościowych i już nie zaprząta sobie głowy takimi dywagacjami.

3. Informacje ze świata

Nina: Mamy takie czasy, w których wiele informacji szybciej trafia na Facebooka, niż do bardziej tradycyjnych środków przekazu. Na tę wartość serwisów społecznościowych można spojrzeć dwojako. Z jednej strony dowiadujemy się z nich o wszystkich aktualnych wydarzeniach w świecie i okolicy, a z drugiej jesteśmy bombardowani setkami zbędnych wiadomości. Jeszcze do niedawna traktowałam Facebooka jako swoistą alternatywę dla czytnika RSS. W tej funkcjonalności nie byłby trudny do zastąpienia, jednak jego potencjał jest dużo większy.

Lokalne informacje znajdziemy najszybciej właśnie na profilach dzielnic, miast czy gmin. Cały kraj usłyszał ostatnio o problemach ze skażeniem wody w jednej z pomorskich gmin. Ta informacja była powtarzana przez ogólnopolskie serwisy informacyjne, jednak aktualizacje o podejmowanych działaniach i komunikaty przeznaczone dla mieszkańców były publikowane właśnie na profilu gminy. Tam też można było otrzymać odpowiedzi na nurtujące pytania. Taka bezpośrednia komunikacja nie istnieje w przypadku innych form przekazu. Komuś może nie wydawać się to szczególnie istotną kwestią, ale ja chciałabym jak najszybciej dowiedzieć się o tym, że woda w kranie nie nadaje się do spożycia. Niby mamy różne systemy ostrzegania, kolejne aplikacje na telefon, ale z ich skutecznością bywa różnie. RSO potrafi jednego dnia wielokrotnie ostrzegać o próbach wyłudzenia metodą „na wnuczka”, ale z innymi zagrożeniami bywa różnie. O pożarze w jednym ze stoczniowych magazynów milczały, kiedy czarny dym za moim oknem gęstniał. Facebook jest pewniejszy.

Kay odpowiada: Wszystkim, którzy boją się przegapienia ważnych informacji, polecam zrobić coś takiego: wyłączyć Facebooka na dzień lub dwa. I po tych dwóch dniach usiąść i się zastanowić: ciekawe co tam u… X? Y? Z? Nowości z portalu muzycznego, nowości z gminy, z uczelni, wiadomości ze świata? Na Facebooku śledzi się wszystko. Od National Geographic, przez hostel na drugim końcu świata, aż do ulubionego fryzjera. Wchodząc na fejsa, widząc milion śledzonych stron, mamy wrażenie, że tyle trzeba sprawdzić, tyle mieć pod kontrolą, na świecie tyle się dzieje. Tylko… większość z tego nas nie dotyczy. Byliśmy gdzieś raz, przez chwilę, śledzimy profil danego miejsca, bo jesteśmy ciekawi. Z jednej strony jesteśmy na tyle ciekawi, żeby śledzić na Facebooku, ale nie na tyle ciekawi, żeby znaleźć ich stronę internetową i zajrzeć tam raz dziennie? Co się zmieni, kiedy przeczytamy wiadomość o wypadku samochodowym w Azji kilka minut później, bo najpierw jest na fejsie a potem w newsach? Nic. Podobnie jak ze znajomymi, mamy tutaj ilość kontra jakość. Przykładowo: można kupić kilogram cebuli i niewiele drożej dwa kilogramy cebuli. Każdy kupi dwa kilogramy, bo jest taniej. Nie potrzeba nam tyle, ale mamy poczucie małego sukcesu. Kontroli sytuacji, „ bycia górą”. Podobnie jest z Facebookiem. Śledzimy miliony stron z newsami, które boimy się stracić nie posiadając Facebooka, bo skąd będziemy wiedzieć wszystko, jeżeli stracimy to wygodne centrum kontrolowania świata? A czy napewno musimy wiedzieć wszystko? Wiecie ile stron obserwowałam na Facebooku? Ponad sto (a to i tak niewiele jak patrzę na moich znajomych). Ile stron regularnie sprawdzam teraz? Trzy albo cztery plus dwa blogi. Czy jakość mojego życia się zmieniła? Tak. Ponownie – głównie dlatego, że sama muszę usiąść i się zastanowić co mnie interesuje, co chcę poczytać, sprawdzić, przemyśleć. Ludzie, którzy mają Facebooka przeważnie ograniczają się do newsów na wallu pochodzących ze śledzonych stron i od znajomych. Pod tym względem Facebook jest trochę jak supermarket. Czy można przeżyć życie i korzystać z tylko jednego marketu? Można. Ale czy oznacza to, że wszystko z tego marketu musi marnować nasz czas? Nie. I co ważniejsze, czy wszystko pochodzące z całego świata, można kupić w tym jednym markecie? Zdecydowanie nie. Większość z nas zna to stwierdzenie – nie ma cię na Facebooku to nie istniejesz. To prawda. Zapominamy o inicjatywach, portalach internetowych i ludziach, którzy nie mają Facebooka, bo tylko tam skupia się nasze życie. A życie poza Facebookiem istnieje. I także jest na bieżąco z otaczającym nas światem. Dodatkowo zależność jest prosta – każdy kto jest na Facebooku, ma także swój zakątek w Internecie poza fejsem. Ale nie każdy, kto jest poza fejsem, ma tam profil. I dlatego korzystanie z Facebooka jako źródła informacji tylko pozornie rozszerza nasz punkt widzenia, ponieważ tak naprawdę go mocno ogranicza poprzez nasze przyzwyczajenie i utratę czujności pochodzącą z rozleniwienia.

4. Studia

Nina: Przekazywanie informacji na studiach. Ten zlepek słów może wywoływać różne emocje od rozbawienia, aż po irytację. Studiuję na uczelni, która już od lat „korzysta” z systemu elektronicznego. Prawda jest jednak taka, że oprócz ocen, które pojawiają się po różnych perturbacjach i powiadomień od władz uczelni, nie ma w nim miejsca na komunikację między studentami a prowadzącymi.

Nie wiem, jak funkcjonuje to w innych miejscach, ale ja nie mogę porzucić Facebooka choćby z tak prostej przyczyny, którą jest fakt, że większość informacji jest przekazywana właśnie przez to medium. Prowadzący przesyła drogą mailową informacje do starosty roku, starosta roku przekazuje je pozostałym na grupie roku stworzonej właśnie na Facebooku.

Jeśli oddajesz wszystkie prace w pierwszych terminach i dostajesz piątki, ani nie masz specjalnych wymagań, kiedy w ramach jakiegoś przedmiotu są rozdzielane zadania, to nie masz się czym przejmować. Czasem wrzucane są materiały, czasem tworzone są różne listy. Zależy od kierunku studiów, zależy od semestru, zależy od prowadzących i na końcu zależy także od ludzi, z którymi studiujemy. Trafienie na 180 pilnych studentów jest mało realne. Czasem na Facebooku rozgorzeje dyskusja o przełożeniu zaliczenia na inny termin. Prawdopodobnie dowiemy się o niej po fakcie. Prowadzący też są tylko ludźmi i zapominają o przekazaniu różnych szczegółów zaliczeń. Zawsze ktoś wrzuci na Facebooka uzyskane różnymi drogami informacje.

Ciężko pogodzić się z tym, że na coś możemy się spóźnić. Przy wyborze tematu prezentacji semestralnej maleją nasze szanse na otrzymanie takiego, który będzie zgodny z naszymi preferencjami. Mogą pojawić się też dodatkowe koszty. Ostatnio, w ramach jednych z zajęć, mieliśmy przeprowadzić audyty dostępności różnych budynków. Łatwo przewidzieć, że najszybciej zniknęły z listy te, które były najbliższe miejscom zamieszkania większości studentów. Zadań oczywiście wystarczy dla każdego, ale czasem będziemy musieli dotrzeć gdzieś, gdzie nikt inny nie chciał iść. Bo daleko. Bo nudno. Bo to kolejny konkurs w ramach zajęć i każdy chciał mieć lepsze możliwości na starcie.

A gdyby tak mogło się to odbywać na istniejącej już platformie uczelnianej? Ponoć w wiosce na krańcu świata, ktoś kiedyś słyszał o takiej możliwości. Ktoś kiedyś widział takie rozwiązanie. Później spadł deszcz meteorytów, a pamięć mieszkańców tej wioski została wymazana. I w taki oto sposób liczni studenci są skazani na Facebooka. Bez możliwości ułaskawienia.

Kay komentuje: Studiowałam już w Polsce, w Niemczech, w Izraelu i właśnie jestem w trakcie przeprowadzki do Szwajcarii. Nikt oprócz polskich studentów nie używa na taką skalę Facebooka. I w sumie, jeżeli chodzi o pole do komunikacji grupowej, to jest on platformą jak każda inna. Tak samo spełniają się fora internetowe, google drive, dropbox, whatsapp i inne. Ale studenci wybierają Facebooka, ponieważ wszyscy mają tam konto. Jest najłatwiej znaleźć największą liczbę osób. Więc to takie błędne koło. A tak poza tym, wyobraźmy sobie sytuację. Pięcioro studentów spotyka się po raz pierwszy i ustala jak będzie się komunikować w sprawach uczelnianych. Wszyscy mówią: to zróbmy grupę na fejsie. A Ty na to: ale ja nie mam fejsa, musimy znaleźć coś innego. I zgadnij co się dzieje? Znajdujecie coś innego. Tak po prostu. Przez ostatnie kilka miesięcy musiałam zacząć zadomawiać się w nowej pracy. I dużo osób mówiło: dodam cię na fejsie, podeślę ci tam link do tej grupy, dodam cię do tej grupy dla studentów, tam znajdziesz wszystko. I wiecie co robiłam w tym momencie? Zupełnie spokojnie, po ludzku, odpowiadałam wprost: Nie mam fejsa, nie dodasz mnie do tej grupy. Podesłałbyś mi pliki mejlem, kiedy coś się pojawi? Albo zgram od ciebie na pendrive jak się spotkamy. A ludzie na to: spoko, możemy się tak umówić. Nikt mnie nie wykluczył, nikt mną nie gardził. Ludziom wydaje się, że nieposiadanie Facebooka jest jak nieposiadanie telewizora w dzieciństwie. Wstydliwa sprawa, społeczne wykluczenie, skąd będę na bieżąco? To taki strach, który wydaje się nie do obejścia. Ale powiem wam, jak można obejść ten strach prosto i bezboleśnie. Kiedy ktoś proponuje Facebook jako rozwiązanie, ty mówisz mu, że niestety musimy znaleźć inne rozwiązanie. Jesteś pełnowartościowym członkiem grupy i już na pewno nie możesz bać się wykluczenia, bo nie podążasz za tym samym co wszyscy dookoła. Facebook jest najłatwiejszym rozwiązaniem i to zrozumiałe, że każdy go zaproponuje. Ale to nie jest element studiów, masz prawo nie mieć tam konta, jeżeli tylko zaproponujesz inne rozwiązanie i metodę kontaktu z tobą. Dodatkowo, wrzucając coraz więcej zobowiązań na fejsa, przenosząc tam nie tylko życie prywatne, kontakty z innymi, newsy ze świata, ale i materiały ze studiów – uzależniamy się od tej strony jeszcze bardziej. Skupiając wszystko w jednym miejscu, faktycznie można dojść do wniosku, że bez tego jednego miejsca nie można żyć. Czy więc usunięcie Facebooka jest magicznym rozwiązaniem? Nie. Ale pomaga rozgraniczyć pewne rzeczy. Kiedy chcę powiedzieć coś siostrze to piszę e-mail, włączam Skype`a. Kiedy chcę pogadać o tym, co mam przygotować na uczelnię to wchodzę na Whatsapp. Kiedy chcę poczytać newsy ze świata, używam przeglądarki. Sama wybieram co robię i skupiam się na jednej rzeczy. Nie mieszam czytania newsów z rozmawianiem o sprawach z uczelni, pisaniem w międzyczasie z przyjaciółmi. Dzięki temu poświęcam poszczególnym sprawom więcej uwagi i wprowadzam w moje życie więcej higieny. Facebook + studia? Wygodna sprawa, nie zaprzeczam. Ale czy mając przyjaciół, newsy, własne zdjęcia i studia razem na fejsie, faktycznie kiedyś od tych studiów odpoczniemy lub w pełni się na nich skupimy?

I tak dobrnęliśmy do końca pierwszej części. W następnych poznacie nasz punkt widzenia na to czy da się mieć życie towarzyskie bez Facebooka, jak to jest żyć z wiecznym niepokojem – czy twoje brzydkie zdjęcia są na fejsie i ty o tym nie wiesz i czy nie omija cię właśnie okazja życia?

Może Ci się także spodobać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *