12 rzeczy, które wiążą się z usunięciem facebooka (3/3)

Zaczynamy trzeci i ostatni z postów przedstawiających nasze poglądy na posiadanie konta na Facebooku. Tym razem nasza dyskusja obejmie często poruszane zagadnienie „kompleksy vs media społecznościowe”. Będziemy komentowały najbardziej popularne za i przeciw posiadania konta na Facebooku. Drugi z komentarzy będzie odnosił się zarówno do doświadczeń autorki jak i wypowiedzi poprzedniczki. Nasze zdania w wielu kwestiach się różnią i bez tego ograniczenia mogłybyśmy przerzucać się argumentami bez końca.

Część trzecia: Czas i kompleksy

9. Więcej czasu to mit czy prawda?

Kay: Wbrew pozorom nie jest to proste pytanie i nie umiem odpowiedzieć wprost. Z jednej strony jest to prawda, ponieważ różnica w ilości czasu poświęconego przeglądaniu fejsa lub innych aplikacji społecznościowych jest ogromna. W moim przypadku może nawet dwie godziny dziennie? Z drugiej strony, siedząc przed komputerem i nie mając Facebooka, czy na pewno zawsze jestem świętsza od Papieża i zamykam laptopa, idę pobiegać, posprzątać, cokolwiek? Oczywiście, że nie. Czasem jest zbyt gorąco, czasem brakuje motywacji i chociaż nie mam fejsa to gniję przed laptopem, bawię się telefonem. Istotna jest jednak różnica w przyswajanej przeze mnie treści. Nie oglądam dzieci sąsiadów, kolegów z podstawówki, ale szukam nowych książek do przeczytania. Czytam zdecydowanie więcej artykułów, zaczęłam więcej uwagi poświęcać prasie branżowej, jestem bardziej na bieżąco z tym, co się dzieje na świecie. A kiedy coś mnie zainteresuje, potrafię godzinami czytać… Wikipedię na temat historii jakiegoś plemienia w Afryce, konfliktach zbrojnych w Azji Środkowo-Wschodniej… Dlatego też powiedziałabym, że zrezygnowanie z fejsa jest relatywnie proste w porównaniu ze zrezygnowaniem z używania komputera w ogóle. Tutaj moje przyzwyczajenie jest tak silne, że jeszcze z nim walczę (i chętnie kiedyś podzielę się z Wami tym jak mi idzie!). Zdecydowanie jednak przyswajane przeze mnie treści w chwili obecnej mają sens i zawsze są bardziej wartościowe niż pierdoły z życia innych.

Nina odpowiada: Powinnam chyba napisać tutaj ile czasu dziennie marnuję na przeglądanie serwisów społecznościowych, a ile mogłabym zyskać wyrzekając się ich. Ale tego nie napiszę. Wakacje dla studentów trwają w najlepsze, więc prawda jest taka, że zaglądam na Facebooka raz w tygodniu. Sprawdzam czy nic nie wybuchło w najważniejszych grupach i tyle. Maksymalnie 10 minut w sobotni wieczór i po krzyku. Instagram jest większą pokusą. Te fascynujące profile designerów z całego świata i ich kolorowe zdjęcia, którym nie potrafię się oprzeć. Dlatego codziennie przed snem nadrabiam zaległości z wielkiego świata. Jednak, zainspirowana zdecydowanym krokiem Kay, zredukowałam ilość obserwowanych kont do tych, które faktycznie mają dla mnie znaczenie. Aktualnie przescrollowanie nowości zajmuje mi nie więcej niż kilka minut. Oczywiście kontakt ze znajomymi za pomocą messengera pozostał, ale technologia pomaga mi pilnować się przed pokusami. Mam komunikator przypięty do przeglądarki (dzięki Opero za tę funkcję!), od tego czasu nie pamiętam, kiedy ostatni raz prowadziłam rozmowy w koszmarnych, miniaturowych okienkach oferowanych przez Facebooka.

Kay dość mocno podkreśliła w swojej wypowiedzi różnicę w jakości konsumowanych treści. Faktycznie, może coś w tym jest. Dodanie do obserwowanych kolejnego profilu na Facebooku jest bajecznie proste i czasem robimy to odruchowo. Jednak czy ktoś nas do tego zmusza? Kiedyś nie było możliwości wyboru, wiadomości publikowane przez naszych znajomych czy polubione strony były zawsze wyświetlane na naszej tablicy. Obecnie wystarczy poświęcić trochę czasu, żeby wybrać od kogo chcemy otrzymywać aktualizacje. Chwila naszej uwagi przekłada się na sporą oszczędność czasu w przyszłości i przede wszystkim wolność od niechcianych treści. Z drugiej strony, nie popadajmy w przesadę. Jeżeli chcemy śledzić najnowsze ploteczki ze świata gwiazd, historyczne ciekawostki czy branżowe wiadomości, to ani ograniczenie śledzonych profili na Facebooku, ani kasacja konta w niczym nie pomoże. Zawsze znajdziemy miejsce, które podsunie nam setkę pomysłów na tematy do zgłębienia. Niezależnie od tego czy to będzie serwis z aktualnościami, profil tego serwisu na portalu społecznościowym, gdzie wrzucane są zajawki artykułów, papierowa gazeta czy choćby plakat na słupie ogłoszeniowym.

10. Mniej kompleksów?

Kay: Ten punkt nierozerwalnie łączy się dla mnie z poprzednim. Dlaczego? Ponieważ porównując się do innych można to robić w sposób konstruktywny lub destrukcyjny. Porównywanie się do koleżanki z gimnazjum, która ma już dzieci albo zarabia krocie, albo wyprowadziła się do Kambodży, zdecydowanie nie ma sensu. Chociaż na co dzień mam silną psychikę, oczywiście że czasem także wpadałam w taki wir porównań. Bo tamta schudła (a ja nie), bo ten pojechał na wakacje (a ja nie), bo tamten był w kinie osiem razy w tym tygodniu (a ja nie). Nie lubię chodzić do kina, ale i tak potrafiło mi być smutno, że tamten ma takie super życie, a ja nie. Z drugiej jednak strony, ciężko nie konfrontować się z ludźmi dookoła. Każdy to robi, to naturalne. Dlatego też, w momencie kiedy zmieniłam kontent przeglądanych treści, moje porównywanie się także zmieniło charakter. Nie jest to już destrukcyjna zazdrość wpędzająca mnie w depresję na punkcie mojego życia. Teraz czytam o wielkich podróżnikach, naukowcach, pisarzach i pokazuje mi to, jakie życie może być cudowne. Nie znam tych ludzi, nie traktuję tego osobiście. Stało się to piękną motywacją, żeby wstać rano i spróbować tak jak oni zdobyć świat na milion sposobów. Albo tak jak pani Krysia z portalu o meblach pomalować moją nudną szafę, albo zacząć biegać, bo tak zaczynali najwięksi, a nie dlatego, że koleżanka z podwórka wstawiła na fejsa zrzut ekranu z jej endomondo.

Nina odpowiada: Wcześniej napisałam, że dość uważnie dobieram obserwowane treści, ale i tak moja lista aktualności nie wygląda jak kanał RSS portalu branżowego. Pamiętacie ławeczkę z poprzedniego wpisu? Przecież też lubię ploteczki i nie oszukuję się, że jest inaczej. Tak więc, czy faktycznie tak ciężko jest nie porównywać się do innych? Może jestem dziwna, ale szczerze cieszą mnie sukcesy znajomych. Podchodzę do życia w bardzo praktyczny sposób, jeżeli coś chcę osiągnąć, to wyznaczam kolejne kroki i je realizuję. Jakie znaczenie dla moich planów ma obecny status życiowy Bolka i Lolka, których nie widziałam od dziesięciu lat? Absolutnie żadnego. Koleżanka urodziła dziecko i widać, że się z tego cieszy? Super! Pogratuluję i pójdę dalej. No dobrze. Co, jeśli komuś udało się spełnić marzenie, które jest również na mojej bucket list? Nic, po prostu nic. Jasne, że przez chwilę pojawia się ukłucie zazdrości. W końcu ja też chciałabym znaleźć  się w tym punkcie życia i to najlepiej natychmiast. Jednak te myśli zajmują mnie tylko przez chwilę. Skoro udało się Lolkowi, to dlaczego mi nie miałoby się udać? Dlaczego nie miałabym zapytać go o przepis na sukces? Przecież na tym polega magia poradników i biografii wielkich tego świata, a tutaj dodatkowo dostajemy szansę zdobycia informacji u źródła, które jeszcze niedawno było na tym samym etapie co my. Jest jeszcze jeden plus takiej sytuacji. Łatwiej możemy zweryfikować czy przedstawiona historia nie jest tylko kreacją stworzoną na potrzeby budowania wizerunku medialnego.

Każdy ma jakieś kompleksy, nie da się temu zaprzeczyć. Kogo nie zapytasz, to zawsze znajdzie choćby jedną rzecz, której u siebie nie lubi. Ja też mam ich całą kolekcję. Czy potrzebuję nowych? Raczej nie. Dlatego nie zastanawiam się ile osób osiągnęło już to o czym marzę, tylko jak to osiągnęły. Żebym mogła uniknąć błędów, które zapewne też popełnili. Nie da się też ukryć, że wiele rzeczy uważanych przez nas za piętą achillesową, można zmienić. Spędzają nam sen z powiek i rozpętują burze, kiedy ktoś w dyskusjach porusza drażliwy temat, a nie muszą. Inną kwestią jest to, czy faktycznie chcemy coś z tym zrobić? Ale to już raczej są rozważania do punktu dotyczącego motywacji.

Skoro Kay już wspomniała o endomondo, to na koniec przyznam się do jednej rzeczy – nie rozumiem tego fenomenu. Ktoś przebiegł 3 albo 33 km i tym się chwali. Jego prawo, nic mi do tego. Ale nie zachęci mnie to do rzucenia wszystkiego i wybiegnięcia na ruchliwą, pełną spalin ulicę. Już prędzej dokona tego piękne zdjęcie z zielonej trasy przebiegającej niedaleko mojego domu niż kilka bezosobowych cyferek. Niby jest mapka, ale czy ktoś zwraca jeszcze na nie uwagę?

11. Impreza u Stefana

Kay: Wydarzenia kulturalne to jedno, ale co z imprezami znajomych, które ogłaszane są tylko na fejsie? Każdy z nas ma znajomych wysyłających co 15 minut zaproszenie do organizowanej przez nich popijawy. Zakończenie roku akademickiego, rozpoczęcie lata, zakończenie lata, rozpoczęcie roku akademickiego i tak dalej. Facebook jest tak bardzo powszechny, że traktuje się go jako jedno wielkie zaproszenie, które niekoniecznie jest potem dyskutowane w realu. Po co, skoro wszyscy wiedzą? Lista osób zaproszonych jest na fejsie, lista osób uczestniczących także, wszystkie detale, komentarze i odpowiedzi. A mnie nie ma na fejsie i co teraz? Mówiąc wprost: albo ktoś zorientuje się w porę i powie mi w twarz (lub jakiś dobry znajomy, który pamięta, że nie masz konta na Facebooku), albo nie będziesz wiedział. Więcej opcji nie ma. Dla mnie to trochę podoba sytuacja do tej, kiedy ja jestem wegetarianką i idę na kolację, gdzie gospodarz wiedząc o moich preferencjach, przygotował tylko mięso. Mogę zrobić scenę, strzelić fochem, wykrzyczeć wszystkim w twarz, że jestem wege. Ale mogę także wzruszyć ramionami, uśmiechnąć się kulturalnie i nigdy więcej nie przyjść na kolację do tego człowieka. Skoro zakłada, że jest to oczywiste – być jak on i żyć jak on, to ja mogę sobie żyć inaczej z kimś innym. Oczywiście, że bez fejsa jest trudniej być w centrum życia towarzyskiego i wiedzieć o każdej imprezie. Oczywiście, że część znajomych wykluczy cię ze swojego życia, bo „odpierdalasz” i wydziwiasz, nie ma z tobą kontaktu! Kiedy o tym myślę, nawet trochę mi przykro, ale potem przypominam sobie, że są ludzie, którzy specjalnie dla mnie zainstalowali Whatsapp, którzy dzwonią, żeby umówić się na spotkanie i zależy im na mnie na tyle mocno, że brak fejsa w niczym nam nie przeszkadza. I tak jakoś robi mi się lepiej.

Nina odpowiada: Z imprezami jest u mnie trochę tak jak z kompleksami. Główne pytanie brzmi: czy ja faktycznie chcę tam być? Jasne, że na Facebooku padają czasem propozycje wspólnego wypadu na piwo, lody, kebab czy plażę. Tylko, czy faktycznie mam ochotę bawić się w tym miejscu i z tymi ludźmi? To zabrzmiało zapewne nieco aspołecznie, ale czasem taka jestem i dobrze mi z tym. Część z tych osób jest dla mnie w pewnym stopniu obca. Los wyposażył mnie w dobrą pamięć do twarzy, więc po pierwszym dniu w nowym towarzystwie kojarzę większość z nich, ale czy oni kojarzą mnie? A jeśli nie, to czy chcę to zmienić? Bardzo lubię popularne, amerykańskie small talks, które można spokojnie porównać do „cześć, jak się masz? Ogórki, czekolada, piwo, 5.50 się należy, następny proszę!”. Co się dzieje, kiedy zamiast standardowej odpowiedzi usłyszymy „hej, wieczorem robię imprezę, wpadnij do mnie”? Właśnie tak wygląda spora część, w pewnym sensie anonimowych, zaproszeń na Facebooku. Ktoś tworzy wydarzenie albo publikuje niezobowiązującego posta, który trafia do sporej grupy facebookowych znajomych. Jasne, że pani czy pan od ogórków może być fascynującą, wartą poznania osobą. Zostaje jednak kilka pytań: czy faktycznie chcę ją poznać? Czy faktycznie chcę na to poświęcić czas w tej chwili? I w końcu, czy faktycznie zależy jej na naszej obecności? I jasne, jeśli mam wolny wieczór czy dzień i ochotę gdzieś wyskoczyć, to przecież mogę iść na dowolną imprezę w mieście z setkami anonimowych ludzi. Mogę też skoczyć na którąś z tych ogłaszanych na Facebooku. Ale czy będzie mi szkoda, kiedy ominie mnie ta okazja? Raczej nie.

Mam dość wąskie grono znajomych, bliskich znajomych, z którymi lubię się bawić. Są dość gadatliwi, ja też do milczków nie należę, więc nie wyobrażam sobie sytuacji, w której gdzieś w prywatnej rozmowie temat organizowanego spotkania by się nie pojawił. Ciężko tak teoretyzować co by było gdyby, bo o imprezach na które chcę iść, najczęściej dowiaduję się przez sms-a, w osobistych rozmowach lub na messengerze. Uważam, że z tego ostatniego można korzystać bez zaglądania na Facebooka. Ale powiedzmy sobie szczerze – jeśli ktoś ma napisać na messengerze, to napisze też na innym komunikatorze, jeśli będzie taka konieczność. Także jak to napisała Kay- prawdziwi znajomi zawsze znajdą drogę kontaktu. Pozostali to panie lub panowie od ogórków. Czy się nimi przejmiesz? Wybór należy do Ciebie.

12. Motywacja

Nina: Winna! Winna wszystkiego, co mi zarzucisz. Jak zapewne zauważyłeś, po przeczytaniu punktu dotyczącego kompleksów, dość łatwo znajduję źródło motywacji. Zazdrość w tym negatywnym znaczeniu trwa u mnie bardzo krótko i zamienia się właśnie w motywację. Facebook i Instagram to dla mnie takie sklepiki z marzeniami. Ludzie chwalą się tam swoimi osiągnięciami, a ja mogę je śledzić i wybierać te, których kiedyś chciałabym doświadczyć, a nigdy nie myślałam, że są w zasięgu mojej ręki.

Brzmi fajnie? No cóż, byłoby fajnie, gdyby nie druga strona medalu. W podobny sposób znajduję sobie serię usprawiedliwień, kiedy komuś się nie powiedzie. Ale nie będę demonizować tego minusa. To najlepsze sito do oddzielenia prawdziwych marzeń od chwilowych zachcianek. Skoro do odpuszczenia wystarczył mi czyjś wpis, to znaczy, że nie było to dla mnie tak ważne jak na początku mi się wydawało. Kto nie marzył w dzieciństwie o zostaniu strażakiem, piosenkarką, aktorką, lekarzem czy jeszcze innym podpatrzonym gdzieś bohaterem? No właśnie. Tak samo czasem jest z motywacją podsycaną przez Facebooka. Setki zajawek, które można podłapać od znajomych, ale kończą się na słomianym zapale. Mimo mojego praktycznego podejścia, czasem ulegam chwilowej fascynacji jakimś tematem. Ale czy to źle? Może pomyślisz, że to marnowanie czasu lub brak konsekwencji. Znalazłoby się sporo zarzutów. Ale nawet jeśli czegoś spróbuje się tylko raz, to zawsze jedno doświadczenie więcej do kolekcji.

W sumie to minusy, które wymieniłam, są moim zdaniem neutralne i brzmią jak szukanie dziury w całym. Żaden z nich nie ma prawdziwie negatywnego wpływu na moje życie. Według mnie prawdziwe zagrożenie kryje się właśnie w pozytywnej stronie motywacji. Skoro mogę wszystko i zależy to tylko ode mnie, to dlaczego miałabym tego nie robić? Koleżanka uczy się hiszpańskiego? Ja też! Kolega biega? Ja też! Znajomy właśnie zaczyna kolejny kierunek studiów? Ja też tak zrobię! Praca, projekty, projekty i jeszcze więcej projektów! Milion mniejszych i większych rzeczy, które przecież wszyscy robią i którymi dzielą się na Facebooku. To tak, jakby można było jeść czekoladę przez cały dzień bez żadnych konsekwencji. Ale konsekwencje jednak są i nadmiar szkodzi. Dokładam kolejne obowiązki, kolejne rzeczy do spróbowania do tych, które już mam i z których nie chcę rezygnować. Rośnie ilość rzeczy na które muszę znaleźć czas, bo mi się spodobały i chcę je kontynuować. Nagle budzę się z kalendarzem wypełnionym szczelnie od rana aż do późnych godzin nocnych, a dźwięk maila wywołuje autentyczne przerażenie, bo oznacza kolejne zobowiązanie. Jakiekolwiek opóźnienie nie wchodzi w grę, a odpoczynek jest równie realny co baśnie braci Grimm, bo wszystko jest zaplanowane co do sekundy. Jest to pułapka superproduktywności, jaką zastawiają media społecznościowe na każdego. Zdarza mi się w nią wpadać. Nic fajnego.

Mimo wszystko, doceniam tę motywację. Mam świadomość, że jeszcze muszę się nauczyć umiaru. Długa droga przede mną, ale mam nadzieję, że podołam. Fajnie jest odkrywać nowe miejsca i nowe możliwości.

Kay odpowiada: To, co Nina napisała w tym punkcie, stanowi ponad połowę mojej motywacji do usunięcia Facebooka. Wchodzisz, widzisz sąsiadkę, która przebiega maraton. Myślisz sobie: spróbuję, najwyżej pobiegnę raz czy dwa i odpuszczę. Więc biegniesz raz, maksymalnie kilka kilometrów i pocisz się jak świnia. Wracasz do domu obolały i postanawiasz to odhaczyć na liście rzeczy do spróbowania. To teraz inna sąsiadka, która ma pieska, więc też próbujesz. I tak w kółko próbujesz i porzucasz rzeczy, które innych jarają na maksa. A tobie się nudzą po dwóch, trzech razach. Mija 20 lat, ludzie zaczynają odnosić sukcesy, bo od tych samych 20 lat poświęcali się swojej jednej, ukochanej pasji. A ty dalej próbujesz, porzucasz i jeśli tylko szeroko otworzysz oczy to zorientujesz się, że nic nie masz, bo tylko próbowałeś. Nic nie było Twoim wyborem, wszystko było sugestią pochodzącą z życia innych. Niczego tak naprawdę nie chciałeś. No ale to przecież nieważne, że nie masz sukcesów, skoro masz doświadczenia. W większości negatywne i mocno zniechęcające.

Jeżeli naprawdę chcesz być jak ludzie, którzy stanowią twoją motywację na fejsie, to powiem ci jak to zrobić. Wyłącz Facebooka, znajdź coś co naprawdę kochasz i zacznij to robić. Codziennie, regularnie, przez okres czasu dłuższy niż dwa tygodnie. Wtedy naprawdę staniesz się bardzo dobry (jak ci, którzy cię tak motywują) w czymś co naprawdę sprawia ci przyjemność (ponownie – jak ci, którzy cię motywują). Motywacje na portalach społecznościowych mają to do tego, że prezentują się lekko i przyjemnie. Czy wiesz, że dziewczyna, która swoim zgrabnym ciałem reklamuje fitness, ćwiczy od 5 roku życia? A ty spojrzysz na jej zdjęcie, położysz się na macie do jogi, zrobisz trzy brzuszki i uznasz, że nigdy nie będziesz jak ona. I znajdziesz sobie nową motywację, na przykład jakiegoś słynnego rowerzystę. Pójdziesz na rower raz, natkniesz się na stromą drogę pod górę. Szkoda, pomyślisz i wrócisz do domu poszukać czegoś nowego. A ta fitnesska? A ten rowerzysta? Będą ćwiczyć dalej i staną się naprawdę dobrzy w tym co robią. Ty nie. Ty przecież szukasz i zbierasz doświadczenia. Szkoda tylko, że te negatywne. Zniechęcające. Rozczarowujące.

Kiedy wstaję rano i zastanawiam się co dzisiaj robię, nic nie zatruwa mojej percepcji. Nie oglądam biegających koleżanek, sąsiadki na siłowni, sukcesów rowerowych tego czy tamtego. Mój plan dnia nie jest kopią życia innych i pseudomotywacją podszytą chęcią bycia jak jakaś konkretna osoba. Wszystko, co sobie zaplanuję, pochodzi z moich chęci. I wiecie co? Od kiedy nie mam fejsa, nie zniechęcam się do działania tak bardzo jak wcześniej. Bo robię tylko to, co lubię,  nie to co wygląda fajnie na zdjęciach u kogoś na Facebooku.

I tak dobrnęliśmy do końca facebookowych rozważań. Żeby podsumować cykl odpowiedzmy sobie na krótkie pytanie: czy warto posiadać konto na Facebooku?

Nina Kay
Jeśli będziemy chcieli marnować czas, to zawsze znajdziemy do tego medium. Facebook jest tylko narzędziem, to od nas zależy jak go użyjemy i jak odbierzemy znalezione tam treści. Póki nie zaprzątamy sobie nim głowy, nie ma sensu tego zmieniać i zaczynać rozważań nad kasacją, bo dwie dziewczyny napisały o tym tysiące słów. Chyba, że Facebook jest dla ciebie problemem, wtedy kasuj. Po co narzędzie, takie samo jak toster, ma psuć tobie humor? Jasne, że wszystko jest dla ludzi i warto wiedzieć jak z tego korzystać. Przestać śledzić wszystkich ludzi i wszystkie strony, zablokować czat, co dziesięć minut sprawdzać czy nikt nie zaprosił mnie na imprezę, bo koniecznie muszę zignorować zaproszenie. Oczywiście, że można tak żyć i być z siebie dumnym. Ale tak szczerze, między nami, czy nie prościej po prostu usunąć konto i zapomnieć o problemie?

Jak widzisz, żadna z nas nie zmieniła zdania w kwestii posiadania konta na Facebooku. Chętnie dowiemy się, co o tym sądzisz. Czy uważasz, że Facebook jest zbędnym pożeraczem czasu, czy jedynie przydatnym narzędziem? 

Może Ci się także spodobać

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *