Pięknemu wybaczę

Jak wszyscy doskonale pamiętamy z pierwszej notki, ten blog powstał w celu odczarowania zaczarowanego tabu i rozmawiania o naszych guilty pleasures. Jednak czym innym jest napisanie notki na blogu o paru innych romansidłach, a czym innym jest przyjście do pracy i ogłoszenie wszystkim na zebraniu walnym: nazywam się Kay i myśleliście, że jestem mądra, ale tak naprawdę to oglądam Plotkarę. Dlatego też powoli wychodzę z mojej strefy ukrycia, ale nie jestem jeszcze do końca gotowa, żeby znajomi z pracy wiedzieli co oglądam. Narazie czuję się dobrze z tym, że w ich oczach jestem tylko fizykiem.

Czytaj dalej

Katie Cotugno – 99 dni lata

Ciężkie są powroty do życia po uczelnianym szaleństwie okołosesyjnym. W żyłach nadal płynie kawa, a biurko zasłane jest pozostałościami arcyważnych zapisków. Dodatkowo gdzieś między tym wszystkim plącze się kilka zapomnianych sucharków, które w tych ciężkich dniach miały utrzymać mnie przy życiu. Powoli zaczynam znów odróżniać pory dnia, nie odliczam czasu w godzinach pozostałych do kolejnego oddania projektu, więc czas najwyższy oderwać myśli od meandrów prawa budowlanego i sięgnąć po kolejnego gniota, ekhem, książkę. Jak wiewiórka zbierająca orzeszki, tak ja gromadziłam ostatnio liczne pozycje proponowane przez Legimi. Wybór jednej lektury był ciężki, ale jak oprzeć się trójkątowi miłosnemu kuszącemu w opisie 99 dni lata? Ja nie potrafiłam odmówić, musiałam poznać tę historię.

Czytaj dalej

Mój mongolski arbuz

Pamiętam, jak kilka lat temu bylam w Mongolii. Spędziłam tam grubo ponad miesiąc, próbowałam się przyzwyczaić do pogody i kultury, ale trochę mi nie wyszło. Nie chodziło nawet o sam fakt życia w namiocie na środku pustyni, ale o coś zupełnie innego, bardziej prozaicznego. Otóż Mongolia to taki fajny kraj, który ma jedno duże miasto (stolicę) i powierzchnię trzy razy większą niż Polska. I nieważne czy spędzisz w pociągu dzień czy trzy, ale na zakupy zawsze jedziesz do miasta, przeważnie pociągiem. A potem wracasz i po tygodniu w podróży masz zapasy na nadchodzący miesiąc. Tak żyje większość ludzi i jest to całkowicie normalne. Nie mniej jednak, z powodów czysto praktycznych, oznacza to, że ludzie jedzą mało świeżych owoców i warzyw. Im dalej od stolicy tym gorzej.

Czytaj dalej

Hollywood jako mechanizm wyparcia

Kto nie marzył o życiu w Ameryce? Albo Australii?  Leżeć na plaży, jeść kokosy prosto z drzewa i nurkować gdzieś pomiędzy rafą koralową i rekinami. Chodząc całe życie w bikini, jeżdżąc na rolkach czy to styczeń, czy czerwiec, a na autostradach hamować z piskiem opon na widok kangura. Każdy by chciał. Bo nie jest ważne kim są ludzie, którzy tak żyją na co dzień, my tutaj w naszym zakątku Europy uważamy ich za lepszych na podstawie filmów i seriali. Ach ci piękni, wysportowani i bogaci.

Czytaj dalej

Półtorej „Zmierzchu” później

Mój pies tak ma, chyba jak każdy pies, że kiedy ja jem to on patrzy. Śledzi każdy mój ruch, każdy kęs, każdy wdech i wydech. A ja, na przykład, jem sobie banana. Psy zazwyczaj nie lubią bananów, nie jedzą bananów. W głowie mojego psa to nie jest ważne. Ja jem i on patrzy. Wtedy podtykam mu banana pod nos, żeby przeprowadził inspekcję. On wącha przez chwilę i odwraca pysk, bo psy nie lubią bananów. Ja zaczynam jeść dalej, on znowu patrzy, wtedy ja podtykam mu banana… I moglibyśmy tak cały dzień. Bo ja lubię jeść, a pies to pies.

Czytaj dalej

Colleen Hoover – It ends with us

Po ostatnich, niezbyt udanych, wyborach lektur chciałam sięgnąć po coś sprawdzonego. Bałam się, że kolejna kiepska książka doprowadzi mnie do szału zakończonego dłuższym odwykiem od czytania czegokolwiek. No, może poza instrukcją obsługi pralki. Wybór padł na It ends with us Colleen Hoover. Bardzo dobrze wspominam inne utwory tej autorki, które miałam przyjemność czytać, między innymi Ugly LoveMaybe Someday. Bohaterów tych książek ciężko zapomnieć, nawet lata po ich poznaniu. Czy również teraz udało jej się wykreować postaci, które staną się bliskie mojemu sercu?

Czytaj dalej

Życie jest jak zatoki

Istnieją dzieci, które nie chcą, ale muszą czasem zjeść warzywa na obiad. Podobnie ja – nie chcę, ale muszę kontynuować obrażanie książki „Żyj szybko, kochaj głęboko”.

Czytaj dalej

Dziwna twarz Belli Swan

Ludzie tak mają, że kiedy coś im dobrze wyjdzie, to będą to powtarzać co chwilę, a kiedy coś im posmakuje to opierdolą z dokładką. W związku z tym, ponieważ osobiście uważam, że rozpoczynanie wpisów od historii z mojej młodości wychodzi mi super – tym razem też tak rozpocznę.

Czytaj dalej

Samantha Young, cykl On Dublin Street Tom 4 Ostatnia szansa

Jeśli byłam masochistką próbując dobrnąć do końca cyklu Into the deep, to jak nazwać podejście do kolejnej książki tej autorki? Przyjmijmy, że jest to nadmierny optymizm albo głupota. Liczyłam na to, że szczęście się do mnie uśmiechnie i tym razem będzie lepiej. Poprzeczka była zawieszona bardzo, bardzo nisko. Jakieś pięć metrów poniżej powierzchni ścieków w pełnym szambie. Chciałam dać Samancie Young Ostatnią szansę, bo jak można się oprzeć temu tytułowi? Co z tego wyszło?

Czytaj dalej

Tatuaże są jak małe kotki ze śmietnika

Praktycznie od zawsze wychodzę z założenia, że różni ludzie urodzili się ze specyficznie dobranymi talentami. Na przykład moja siostra, która już 15 lat przed zostaniem weterynarzem, miała talent do znajdywania małych (żywych) kotków w śmietnikach na podwórku, ulicy lub w worku foliowym gdzieś za blokiem. Kotki te na pierwszy rzut oka były niewinne i urocze, ale potem zawsze okazywało się, że trzeba je karmić co dwie godziny – czy to w dzień czy w nocy. I tak przez kilka dni (tygodni), aż do zaufanej adopcji, żegnajcie wypoczęte poranki, witajcie słodkie kotki.

Czytaj dalej